Benjamin Sinclair Johnson dziś miałby już siwą skroń gdyby nie fakt, że jest łysy. A nawet jeśli nie jest łysy, to goli głowę całkowicie i tak dokładnie, iż wygląda, jak łysy. Nie, nie zmieniłem profesji i nie zająłem się męskimi fryzurami, tylko chciałem jakoś tak zgrabnie otworzyć niniejszy tekst i rozpocząłem od „Bena” Johnsona. Pytają Państwo czemu skupiam się na owłosieniu byłego sprintera? Ano temu, że gdy ja zacząłem siwieć, to początkowo usuwałem „srebro” z głowy, wyrywając zauważone nitki, ale musiałem zaprzestać, bo gdybym kontynuował ów proceder, to teraz przypominałbym wyglądem kanadyjskiego szybkobiegacza albo sympatycznego porucznika Kojaka. Och – prawie zapominałem! Muszę Czytelnikom przybliżyć, dlaczego akurat łysiną „Bena” się zainteresowałem. Dlatego, że piszący te słowa, pobił jego rekord świata w biegu na 100 metrów i to ten z Igrzysk Olimpijskich w Seulu, gdzie, będąc na największym dopingu, szybkobiegacz osiągnął wynik 9,79 sekundy!

9,79 sekundy zastanowienia wystarcza mi aż nadto, by domyśleć się, że macie mnie, Drodzy Państwo, za blagiera, godnego najwyższego podium zawodów, odbytych na terenie stolicy Korei Południowej, w dyscyplinie „kłamstwo jakich mało”! A ja teraz wszystkich Was zaskoczę i napiszę, iż mam ponad kopę świadków, którzy bez wahania potwierdzą, że tak szybko biegłem! Najlepiej jednak będzie, gdy opowiem wszystko od początku, prawda? Dokładnie półtorej dekady temu, w kwietniu roku 2004, przebywałem w malowniczej Karbali, gdzie milicjanci szyickiego duchownego, Muktady as-Sadra, zweryfikowali w ciągu kliku dni, moje pojęcie o byciu twardzielem. Wzięli nas, pododdziały biorące udział w operacji „Iracka Wolność”, w takie kleszcze, że bez wahania oddałbym ze dwa Koh-i-noory i dorzucił z tonę platyny, aby tylko znaleźć się znów na Mazowszu – w domku u Mamusi – oraz jadłbym, bez krzywienia gęby i wywracania kaprawymi ślepiami, znienawidzoną zupę szczawiową, łącznie z rozgotowaną brukselką.

Rozgotowaną brukselkę przypominało konsystencją moje zasmolone ciało, gdy wróciłem do Camp Juliet, po kilkudniowym patrolu w terenie. Temperatura powietrza, przekraczająca około południa 50 stopni Celsjusza, potrafiła wycisnąć z organizmu ostatnią kroplę potu i pozbawić człowieka najmniejszych chęci, aby zawlec się pod prysznic. Stoczyłem długą, wewnętrzną batalię, czy pójść spać od razu, czy jednak wziąć bicze wodne? Dylemat pomógł mi rozwiązać przyjaciel, dzielący ze mną piwniczną norę, w której obydwaj mieliśmy swoje legowiska. Otóż, delikatny ten osobnik, leżąc na łóżku i czytając list od swojej małżonki, będącej w zaawansowanej ciąży, spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem, zarżał rozkosznie widząc, że ledwo stoję na nogach, a następnie rzucił szyderczym głosem: „Idź się umyj, śmierdzielu, bo wali od Ciebie jak od starego capa!”. Po tak ciepłym powitaniu uznał konwersację za zakończą, wykręcił się w moim kierunku częścią ciała, zwaną u szlachetnych koni arabskich zadem, spokojnie powrócił do lektury pisma od stęsknionej połowicy, a ja pomaszerowałem do kontenera sanitarnego, w celu dokonania ablucji.

Dokonanie ablucji zajęło mi kilkanaście minut, po czym wracałem do półmrocznej izby, aby udać się w objęcia Morfeusza. Miałem na sobie jedynie krótkie spodenki gimnastyczne, klapki, przewieszony przez ramię ręcznik i saszetkę z przyborami do utrzymania higieny w ręku. Nagle usłyszałem jakiś głośny świst i zobaczyłem, że wszyscy ludzie zaczynają się dziwnie szybko poruszać. Byłem już pewien, że to granat moździerzowy leci w kierunku obozu i zacząłem biec do żelbetonowego schronu. Myślę, że dzieliło mnie od niego około 100 metrów, które, nawet jeśli pokonałem wolniej od bolidu firmy Ferrari, to różnica owa była niezauważalna gołym okiem. Siedząc w bezpiecznym ukryciu i słuchając wybuchów na zewnątrz, czułem na sobie pełne uznania spojrzenia współtowarzyszy, którzy autorytatywnie twierdzili, że nigdy nie widzieli tak szybko biegnącego człowieka. Dziś, po wielu latach, ciągle strasznie żałuję, że nikt nie zmierzył mi wówczas czasu owego biegu, bo jestem pewien, iż byłbym wciąż niepobitym rekordzistą świata w sprincie, a „Ben” Johnson patrzyłby na mnie z podziwem. Różne myśli nachodzą człowieka, gdy z wiekiem nabrał trochę rozumu i pokory, a jego znakiem rozpoznawczym stała się siwa skroń.

Siwa skroń, symbolizująca pełną dojrzałość intelektualną, spowodowała u mnie galopadę myśli skompilowanych z wątpliwościami, czy my – Polacy – powinniśmy się tam wówczas znaleźć? Gdzieś, w kakofonii medialnych doniesień, zaczęto żonglować tezami, jakoby najpierw operacja Iraqi Freedom, a następnie interwencja w Libii, uwolniły z zamkniętej lampy salafickiego złego dżina, nazwanego później Państwem Islamskim. Niektórzy samozwańczy znawcy Bliskiego Wschodu, wiązali obalenie Saddama Husajna i pułkownika Mu’ammara al-Kaddafiego z rozlaniem się na świat islamskiego terroru i wielką migracją ludności, z Azji oraz Afryki do Europy. Ile w tym prawdy oczywiście nie wiem. Nie można jednak ukrywać, iż podobne twierdzenia odkładają się gdzieś w duszy i pamięci każdego uczestnika tamtych wydarzeń. Człowiek zadaje sobie pytanie o własną moralność oraz o ocenę swych poczynań z tamtego okresu. Przy okazji kolejnych rocznic można popaść w zadumę i zastanawiać się, jak potoczyłoby się życie nasze i Irakijczyków, gdyby nie ślepy los i rozkazy przełożonych?

irak broń masowego rażenia
Inspektor uzbrojenia ONZ, Irak 2002

Gdyby nie rozkazy przełożonych, to najprawdopodobniej świat nigdy nie dowiedziałby się o mordach dokonanych na Kurdach, pod koniec lat 80-tych, XX wieku. Kilkanaście dni temu, w okolicach miasta As-Samawa w Iraku, odkopano szczątki ludzkie. Agencje informacyjne doniosły, iż były to osoby zgładzone przez saddamowski reżim, po czym pochowane w bezimiennych mogiłach. Wiadomość owa przywołała moje osobiste wspomnienia. Wiosną 2004 r. widziałem prace prowadzone przez wspólną, amerykańsko-kuwejcką komisję, która kilkadziesiąt kilometrów od Karbali, na południe od słonowodnego Jeziora Razzaza, prowadziła prace przy odnalezionych tam grobach Kuwejtczyków, zabitych po agresji irackiej w 1990 r. Oczywiście do samego miejsca wydobycia zwłok zamordowanych mnie nie dopuszczono, ale po wstrząśniętej minie generała Edwarda Gruszki, który w rejonie prac znalazł się osobiście, mogłem wnioskować, iż widok musiał być makabryczny. Choćby po to, aby podobne wydarzenia już nigdy się nie powtórzyły, byliśmy tam potrzebni. Podobne sprawy należy nagłaśniać i dokładać wszelkich starań, aby bestialstwa było mniej. Być może część z Czytelników znajdzie w tym tekście jakieś próby uspokojenia sumienia autora, ale nawet jeśli, to są one spowodowane, osiągnięciem przez niego pewnej dojrzałości intelektualnej, symbolizowanej przez siwą skroń.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 23 kwietnia 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja