Polityczne cwaniactwo

Ciężko żyje sie ludziom, którzy wstają rano, nakładają szlafrok na pidżamę, parzą w kuchni kubek mocnej kawy i, po siorbnięciu jej pierwszego łyku, postanawiają, że właśnie dziś zmienią świat. Jeszcze gorzej jest, kiedy idą oni do roboty i zaczynają swoje wiekopomne dzieło realizować z całą mocą, mając jedynie mglisty pomysł, obstrzępioną kartkę papieru z pozaginanymi rogami i stary, przerywający długopis, wyciągnięty gdzieś z czeluści biurka. Pół biedy, jeśli do realizacji takich idei zabiera się Pan Wiesio, właściciel niewielkiej firmy z miejscowości Rękawiec, położonej w województwie łódzkim. W tym miejscu zaznaczam, że pałam do Rękawca wielką sympatią i wciąż mam wspaniałe wspomnienia z organizowanych tam zabaw tanecznych, w jakich uczestniczyłem trzy dekady temu. Jeśli przywołany wyżej Pan Wiesław zacznie coś wydziwiać, to tylko i wyłącznie na własny koszt i tylko on oraz być może jego kontrahenci, poniosą skutki nieprzygotowanych, odpowiednio wcześniej, posunięć. Niedopuszczalne jest natomiast, aby w podobny sposób zabierali się do dzieła politycy i urzędnicy najwyższego szczebla dużego kraju, położonego w centrum Starego Kontynentu. Ich musi bezwzględnie charakteryzować polityczne cwaniactwo.

Politycznego cwaniactwa zabrakło obozowi rządzącemu przy wdrażaniu projektów nowelizacji niektórych ustaw sądowych, do jakich przystąpił tuż po ostatnich wyborach parlamentarnych. Tutaj podkreślam, że nie mam na myśli aspektów prawnych regulacji, przygotowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Powiem więcej – uważam, że owe zmiany winny być wprowadzone już dawno, ale nie dopuścił do tego wetami prezydent Andrzej Duda, co osobiście uważam za jego największy, dotychczasowy błąd. Gdyby latem roku 2017 zmian dokonano, to dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, ale to już kompletnie inne kwestie. Zagadnieniem głównym, z jakim borykają się obecnie rządzący, jest niekorzystna atmosfera medialna i międzynarodowa, w której przyszło im procedować. Niestety, owo wrogie otoczenie PiS zawdzięcza jedynie sobie, gdyż do roboty zabrał się chyba faktycznie w szlafroku narzuconym na pidżamę. A wystarczyło wykonać kilka ruchów wyprzedzających.

Ruchy wyprzedzające należało wykonać głownie na kierunku niemieckim. Nie trzeba mieć w domu wanny i na imię Archimedes, żeby dojść do wniosku, że nasi zachodni sąsiedzi będą głównym źródłem nacisku zewnętrznego. Co za tym przemawiało? Otóż, drodzy moi PiS-owcy, chciałbym uprzejmie Państwa poinformować, że we wrześniu bieżącego roku, jedna z największych przeciwniczek przemian w rodzimym prawodawstwie – Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego – otrzymała wyróżnienie „Internationale Demokratiepreis Bonn”, za walkę o wolności osobiste, moje, nasze, wasze, wuja Henia, cioci Alfredy, kuzyna Zdzisia i wszelakie inne. Nawet gdyby ktoś miał problemy z językami obcymi, to chyba jednak powszechnie wiadomo, że Bonn jest położone w Niemczech, więc śmiało można snuć domysły, iż to Germanie będą całą sytuację uważnie obserwować i zdecydowanie interweniować. Co należało zrobić? Należało, Drogi Panie Premierze, wezwać do siebie ministrów Ziobrę i Czaputowicza, dać im po kubku dobrej kawy i zapytać wprost: „Zbyszek, co Ty tam kombinujesz z tymi sądami?”. Po przedstawieniu sytuacji przez szefa resortu sprawiedliwości należało zapytać dalej, tym razem Pana Czaputowicza: „Jacek, ustal pilnie, kto w Niemczech zajmuje się Polską i ponadto, jaki zespół pisał niemieckie regulacje o sądach?”. Następnie, po dopiciu kawy, Mateusz Morawiecki powinien rzec: „Panowie, spotykamy się tutaj za dwa dni. Wy przybywacie z kompletną wiedzą oraz ludźmi wyznaczonymi do kontaktów roboczych, a ja przyprowadzę gościa, który będzie wasze działania koordynował. A teraz do roboty!”. Ministrowie jadą do siebie, zaś premier chwyta za telefon i prosi o pilne spotkanie prezydenta.

Prezydent przyjmuje premiera też przy kawie, bo na oficjalne dyrdymały nie ma czasu. Oficjele chwilę rozmawiają i Prezes Rady Ministrów prosi lokatora Belwederu, aby ten wsparł jego działania powagą i osobą Donalda Trumpa. Prezydent oczywiście się zgadza, dzwoni za ocean, a Biały Dom za nic w świecie nie może odpuścić takiej gratki, jak wbicie szpilki Angeli Merkel. Szczegóły są także ustalane na odpowiednich szczeblach konsultacyjnych, szybko mijają dwa dni i znów jesteśmy w gabinecie premiera, gdzie odbywa się jego druga narada z ministrami.

Czas działania!

Z ministrami przybywają już urzędnicy, bezpośrednio zaangażowani w prace, gdyż to właśnie oni są najlepiej zorientowani we wszystkich aspektach. Pomocnik Jacka Czaputowicza wskazuje personalnie Niemca zaangażowanego najbardziej w sprawy Polski oraz nazwiska teutońskich prawników, autorów ustaw sądowniczych wraz z ich obecnymi powiązaniami i koneksjami rządowymi. Do tych właśnie person powinny być wystosowane odpowiednie pytania, proszące o wyjaśnienia pewnych zawiłości prawnych i jednocześnie pełne zachwytu nad berlińską inteligencją i myślą legislacyjną. Tym zająć powinien się już głównie resort Zbigniewa Ziobry, a po otrzymaniu odpowiedzi, przedstawia owe rozwiązania społeczeństwu, zapowiadając, iż w tym kierunku pójdzie także nasz kraj. Zanim ktokolwiek się orientuje, w mediach trwa dobra kampania informująca cała galaktykę o dążeniu Polski do osiągnięcia standardów wiodących krajów Unii Europejskiej, takich jak nasi sąsiedzi zza Odry i wprowadzamy przedmiotowe zapisy. W tym czasie Donald Trump przekonuje telefonicznie Angelę Merkel o ich słuszności oraz zdecydowanie prosi, aby się w nic nie wtrącała. My wszyscy spokojnie siedzimy sobie w domach, żłopiemy piwo, konsumujemy schaboszczaka i beztrosko czekamy na korzystny dla obywateli rozwój wydarzeń.

Rozwój wydarzeń jest kompletnie inny, gdyż wszystkiego tego o czym napisałem wcześniej, najprawdopodobniej zabrakło. Po czym wnoszę? Ano po tym, że jeszcze w Wigilię rano, niemieckie koncerny medialne serwowały papkę o łamaniu praworządności w Polsce. Otumaniony Czytelnik mógł dowiedzieć się o okrucieństwach, jakie mają miejsce pod Tatrami. Tego klangoru można było uniknąć, przygotowując odpowiednio wcześniej, osłonę informacyjną działań. Gdyby to zrobiono, to dziś nadwiślańskie tytuły prasowe grzmiałby o niemieckiej hipokryzji i zakłamaniu, a nie usiłowałby tłumaczyć zdezorientowanym ludziom, że w Berlinie jest tak samo, jak u nas. Mam nadzieję, że następnym razem pójdzie to wszystko lepiej i wykażemy się większym politycznym cwaniactwem.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 30 grudnia 2019 r.

One Comment on “Polityczne cwaniactwo”

  1. Zgadzam się z Tobą Wodzu!!! Już w 2015 r. po obydwóch wyborach zaczęłam trąbić o czymś podobnym w reformie sądów, usadzeniu genderii, warcholącej się opozycji itd. PiS chciał elegancko, kulturalnie ale z tym przeciwnikiem się nie da, tu trzeba dyplomatycznego zamordyzmu, a tego PiSowi wtedy zabrakło i jest co jest.
    contessa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *