Czy zastanawiali się Państwo kiedykolwiek, ile czasu w ciągu doby, potrafi tkwić młody, zdrowy chłop w jednym miejscu? Nigdy, prawda? Ja też o tym specjalnie nie myślałem, ale sam poznałem petenta, który spędzał minimum 15 godzin dziennie, siedząc oparty o mur. I zdradzę Czytelnikom, że gość miał „życie, jak w Madrycie”. Ale tradycyjnie opowiem wszystko od początku. Z kulturą arabską zetknąłem się po raz pierwszy, jako dzieciak, gdy obserwowałem – w połowie lat 80-tych XX wieku – młodych, śniadolicych mężczyzn, wyczekujących na przystankach tramwajowych, w okolicach skrzyżowania ulicy Kopcińskiego z Narutowicza – w pobliżu łódzkich akademików dla obcokrajowców, zwanych potocznie Lumumbowem. Strasznie im zazdrościłem markowych, zachodnich portek, w które byli odziani, a które ja mogłem podziwiać jedynie w telewizorze. Jeszcze bardziej zazdrościłem im tęsknych spojrzeń ślicznych Łodzianek, wzdychających do smagłych młodzieńców i zalotnie potrząsających blond fryzurami, uzyskanymi dzięki wodzie utlenionej i pomocy koleżanek, parających się chałupniczo modelowaniem i farbowaniem włosów. Nie wiem ile z pań wyjechało ze swoim „Lawrencem” do Arabii, ale założę się o dużą wódkę, iż większość była zaskoczona realiami i zasadami, jakie panowały w rodzinnych domach ich lubych.

W rodzinnych domach ich lubych musiały założyć czarną sukmanę, czyli czador, a głowę skryć pod chustą nazywaną hidżabem. Nie mam bladego pojęcia od czego to zależało, ale część młodych kobiet zasłaniała dodatkowo twarz kawałkiem również czarnej szmaty – nikabem. Tak ubrane pracowały w gospodarstwie domowym męża, pod czujnym okiem zrzędliwej teściowej. Skąd ja to wszystko wiem? Wiem to od owego Araba, który spędzał cały swój żywot siedząc oparty o mur, okalający jego piękną willę, wartą pewnie kilkaset tysięcy amerykańskich dolarów. Człek ów, półtorej dekady temu, zaczął dźwigać piąty krzyżyk życia, miał trzy żony, gromadkę dzieci i ojca w Bagdadzie. Szanowny tatuś był pierwotnie wysokim urzędnikiem pracującym w administracji Saddama Husajna, a później zaczął wspierać cywilnego gubernatora Iraku i wschodzącą gwiazdę waszyngtońskiej polityki – Paula Bremera. Mój znajomy, mieszkający raptem kilkadziesiąt metrów od Camp Juliet, był jedną z najbardziej zamożnych i wpływowych osób w całej Karbali. Nawet policjanci, dowodzeni przez generała Abbasa Fadila al-Hasaniego, osobnika trzęsącego całą prowincją i łupiącego bezlitośnie swoich pobratymców, zwracali się do niego w sposób bardzo uniżony, zaś sam Abbas zawsze zatrzymywał kawalkadę pojazdów, którą się poruszał i wysiadał, chcąc zamienić kilka słów. Wyglądało to czasem komicznie, gdy kolumna nowiuśkich, półciężarowych Toyot, z butnymi, uzbrojonymi w broń maszynową funkcjonariuszami raptownie wyhamowywała, z czeluści jednej z nich wynurzał się grubas w jasnoniebieskiej koszuli z generalskimi dystynkcjami na epoletach, a następnie, szczelnie opatulony wianuszkiem ochroniarzy, podbiegał do siedzącego na ziemi człowieka tylko po to, by wiernopoddańczo uścisnąć podaną mu niedbale dłoń. Ale policjant – rabuś nigdy nie dostał szklaneczki herbaty.

Szklaneczki herbaty nie poskąpiono za to autorowi niniejszego tekstu. Jako dowódca pododdziału, który otrzymał od przełożonych zadanie ochrony i obrony obiektu, większość swojego czasu spędzałem na patrolach, bacząc pilnie, czy nie nadciąga niebezpieczeństwo. Wyjeżdżałem i wjeżdżałem do bazy o różnych porach dnia i nocy, a mężczyzna zawsze siedział przed swoim domem. Czasem jedynie, we wczesnych godzinach popołudniowych, gdy temperatura powietrza sięgała powyżej 60 stopni Celsjusza, człowiek ten znikał ze swojego miejsca. Najprawdopodobniej, podczas największego upału, nasz bohater szedł się zdrzemnąć, a my mogliśmy podziwiać w całej okazałości plamę na murze, jaką przez wiele lat wytarł plecami. Pewnego razu, gdy już przywykliśmy wzajemnie do siebie, „sąsiad” podniósł leniwie prawą rękę na nasz widok, a następnie wykonał gest zapraszający do zajęcia miejsca obok niego. Wysiadłem z pojazdu, zbliżyłem się do zapraszającego i przybrałem moją głupawą gębę w coś, co przy kilku megatonach dobrej woli, można było uznać za uśmiech. Irakijczyk obnażył garnitur zębów, podobny do tego, jakim szczycił się Burt Lancaster i przywitał mnie słowem: „Marhaba!”. Miałem za sobą dwugodzinny kurs mahometańskiego savoir-vivre’u, toteż, z miną znudzonego światowca, odburknąłem: „Kifak!”, co wywołało prawie ekstazę na licu mego interlokutora. Zaczął coś ględzić do mnie po arabsku, ale widząc moją bezradność, przeszedł na piękną, literacką angielszczyznę i zapytał czy nie napiję się z nim herbaty? Natychmiast wyobraziłem sobie bakterie wielkości dorosłego hipopotama, grasujące nieprzebranymi stadami w owym złotym płynie, więc odmówiłem niesamowicie energicznie, co tylko utwierdziło mojego rozmówcę w przekonaniu, iż jedyną rzeczą o jakiej w życiu marzę, było zostanie jego współbiesiadnikiem.

Jego współbiesiadnikiem chcąc, nie chcąc zostałem. Chłop odgarnął z lewego policzka kefię – chustę zwaną u nas popularnie „arafatką” – i rzucił w kierunku metalowej bramy, chroniącej wejścia do jego domostwa, sekwencję szybkich, niezrozumiałych dla mnie fraz. Wrota uchyliły się prawie natychmiast, wyjrzała przez nie kilkuletnia, prześliczna dziewczynka i wystraszonym wzrokiem zaczęła spoglądać na mówiącego. Rozkazodawca, uniesionym głosem dokończył przemowę i mała główka zniknęła czeluści podwórka. W pośpiechu dzieciak nie zatrząsnął dokładnie wierzei i jedno ze skrzydeł uchyliło się samoczynnie, pozwalając na wgląd do wewnątrz. Byłem zajęty rozmową z nowopoznanym i nie zwracałem uwagi na otoczenie, ale dobiegł mnie z tyłu okrzyk jednego z żołnierzy: „Ej, kurwa! Dowódco! Dowódca popatrzy co się tam dzieje!”. Uniosłem głowę i zobaczyłem scenę iście dantejską – na środku wybetonowanego placu leżała młoda kobieta, usiłująca za wszelką cenę przybrać pozycję embrionalną, a pochylająca się nad nią stara, rozczochrana wiedźma okładała ją pięściami, celując z wielką wprawą w okolice karku i obojczyków. Arab, widząc mój zaskoczony wzrok, poderwał się z niespodziewaną energią, podbiegł do podwoi i zawarł je niczym kurtynę, ucinając ogląd strasznej akcji. Uśmiechnął się do mnie i powiedział, że to jego mamusia, pełniąca obowiązki karbowego, wymierzała sprawiedliwość jednej z żon. Dziewczynka przyniosła herbatę, którą wypiłem zamyślony, po czym pożegnałem się i wsiadłem do mojego Honkera. Kierowca, zwykle ruszający bez żadnej komendy, tym razem patrzył na mnie długo i czekał co powiem. Ponieważ wciąż milczałem, żołnierz zapytał: „Dowódco, jedziemy?”. Odpowiedziałem skinięciem głowy, zaś on zagaił powtórnie: „Dowódco, sprawa taka jest… Pójdę i mu przypierdolę, co?”. Spojrzałem przeciągle na jego spaloną słońcem twarz i rzuciłem krótkie: „Jedziemy do bazy!”. Silnik zawył, przejmując wszystkie emocje sternika, koła zabuksowały podnosząc tumany kurzu i kilkanaście minut później meldowałem przełożonemu sytuację w strefie. Gdy opowiedziałem o wypitej herbacie, pryncypał stwierdził: „Idź do lekarza, niech da jakiś specyfik, żebyś mi się tu nie pochorował, bo ludzi nie mam!”. Powlokłem się więc do ambulatorium.

Ambulatorium było królestwem Mikołaja, lekarza ortopedy, traumatologa, nurka, płetwonurka i wyśmienitego kompana. Powtórzyłem rozkaz dowódcy o konieczności zaaplikowania mi jakiegoś odkażacza, co doktor przyjął z największym zrozumieniem. Wyciągnął z szafki butelkę przezroczystego płynu, z etykiety której byłem w stanie odczytać jedynie wyraz „rektyfikowany”, wlał mi do szklanki pokaźną miarkę i rzekł: „Masz! Wypij to lekarstwo!”. Po skonsumowaniu cieczy moje trzewia ogarnął pożar, co sługa Eskulapa obserwował z rozbawieniem, dał mi coś do popicia i powiedział: „No, to Ci pomoże bankowo! A teraz idź już spać!”. Ponieważ jestem człowiekiem zdyscyplinowanym i zawsze słucham zaleceń lekarskich, toteż udałem się do swojej gawry na spotkanie z Morfeuszem. Kilka godzin kamiennego snu przepędziło z głowy dziwne myśli i rozterki, jakie dopadły mnie po gościnie w irackim domostwie, i obraz bitej kobiety zszedł na plan dalszy. Wykoncypowałem, że ci ludzie przez kilka wieków wytworzyli taką, a nie inną kulturę i nie ja będę ją zmieniał, czy ich naprawiał. Skoro im tak dobrze, to niech sobie z tym żyją u siebie.

Niech sobie  z tym żyją u siebie, ale niech nie implementują swoich obyczajów na Starym Kontynencie. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że zachodnioeuropejska prasa znów podejmuje temat uchodźców z Afryki i Azji. Głos Jana-Philippa Scholza, nigeryjskiego korespondenta jednego z niemieckich tytułów prasowych, wybrzmiał ostatnio w przestrzeni publicznej. Co stwierdził żurnalista? Chyba niewielu to zaskoczy, gdyż dziennikarz powiedział jasno, że uchodźcom należy pomagać na miejscu, a nie ściągać ich do Europy! Opowiedział o organizacjach przestępczych przemycających ludzi, o Nigeryjkach prostytuujących się na włoskich ulicach, czy afrykańskim gangu „Czarny Topór”, kooperującym z mafijną Cosa Nostrą. Siłą rzeczy przypomniało mi się sejmowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, wygłoszone 16 września 2015 r., kiedy polityk przestrzegał przed takimi właśnie scenariuszem oraz konsekwencjami działania ogłupiałych europejskich elit, z Angelą Merkel na czele. Mijają już prawie 4 lata od tamtego czasu, a słowa lidera PiS-u są wciąż aktualne. Miejmy to na uwadze podczas wyborów do Europarlamentu i nie wierzmy w zapewnienia, o możliwości koegzystencji kultur. Ja pamiętam sprawę doskonale, a moim prywatnym symbolem kultury islamskiej, jest plama na murze.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 29 kwietnia 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja