Mam do moich Czytelników bezbrzeżne zaufanie, więc, w największej tajemnicy, zdradzę Państwu, jak osobiście walczyłem z wojskowymi służbami specjalnymi, na długo przed powołaniem Komisji ds. Likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), z Antonim Macierewiczem na czele. W przedmiotowy starciu wykazałem się odwagą i zaciętością niesłychaną, toteż niniejszemu tekstowi postanowiłem nadać tytuł „opowieści heroicznej”.

Opowieść heroiczna zaczyna się w irackiej Karbalii, gdzie żołnierski los rzucił mnie na początku roku 2004. Pewnego lutowego wieczora zostałem wezwany do dowódcy batalionu, który postawił przede mną zadanie, zorganizowania konwoju do Camp Babilon, gdzie mieściło się dowództwo i sztab Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe (MND-CS – ang. Multinational Division Central-South). Pryncypał dodał, że konwojowanym będzie sam dowódca 1. Brygadowej Grupy Bojowej (1 BCT – ang. 1st Brigade Combat Team) – ówczesny generał brygady, Edward Gruszka – toteż wszystko musiało być dopięte na przysłowiowy „ostatni guzik”. Bardzo się ucieszyłem na ową wiadomość, gdyż taki wyjazd był pewną odskocznią od nudnej, żmudnej i ciężkiej roboty operacyjnej. Do konwoju wyznaczyłem moich najlepszych i najbardziej doświadczonych podwładnych. Późnym wieczorem usiedliśmy nad mapą, gdzie miałem wrysowaną drogę marszu. Zacząłem udzielać szczegółowego instruktażu dowódcom pojazdów, ustalając sygnały dowodzenia, kryptonimy radiowe, organizację łączności, warianty wyjścia z ewentualnych zasadzek, sposoby prowadzenia ognia i wiele innych, niezbędnych szczegółów. Gdy wszystko było już jasne, nakazałem im udać się na spoczynek i poprosiłem, aby byli gotowi do wymarszu rankiem, o godzinie 08.00.

O godzinie 08.00 wszystko grało jak w szwajcarski zegarku. Kolumna Honkerów była wyciągnięta, celowniczowie karabinów maszynowych PK (km PK – ros. pulemiot Kałasznikowa) siedzieli na swoich obrotowych fotelach, kierowcy grzali silniki, a radiotelefoniści mieli nawiązaną i sprawdzoną łączność, zarówno z Taktycznym Centrum Operacyjnym (TOC – ang. Tactical Operations Center, spolszczona wymowa „tok”), jak i wszystkimi pojazdami. Nie ukrywam, że byłem bardzo zadowolony ze sposobu realizacji nakazanych czynności, o czym powiedziałem mojemu zastępcy i serdecznemu koledze – Leszkowi. Lechu, który dobrze pamiętał ostre, wielomiesięczne szkolenie, przed wyjazdem na misję, obdarzył mnie wieloznacznym spojrzeniem i rzucił coś półgębkiem w moim kierunku. Całej frazy dokładnie nie zrozumiałem, ale było tam trochę o jakimś „bezwzględnym i okrutnym poganiaczu niewolników”, „biednych galernikach” oraz „braku sprawiedliwości na tym świecie”. Oczywiście zrzędliwa tyrada nie mogła tyczyć mojej doskonałej osoby, gdyż w życiu nie byłem na żadnej plantacji bawełny ani pod pokładem rzymskiej galery, więc szeroko się uśmiechnąłem i powiedziałem, że klimat, a także jedzenie mu służą, bo dobrze wygląda i chyba przytył. Ten niewysoki, potężnie zbudowany spadochroniarz, pięściarz, zapaśnik, kulturysta, dziesięcioboista i płetwonurek, spędzający na hali sportowej ogromną ilość godzin rocznie, cisnął we mnie setkami błyskawic z oczu, odwrócił się na pięcie i wolnym, obrażonym krokiem odmaszerował do swojego, zamykającego kolumnę pojazdu. Wkrótce wyszedł z budynku sztabu gen. Gruszka, zajął wskazane miejsce i długi wąż samochodów ruszył na południowy wschód, w kierunku miejscowości Al-Hilla, a droga okazała się pełna niespodzianek.

Niespodzianka, ta pierwsza, pojawiła się formie komunikatu radiowego od Lecha. Nadał on krótką wiadomość, że do kolumny dołączył nadprogramowy, niezaewidencjonowany w dokumentacji pojazd, prowadzony najprawdopodobniej przez samego „głównego prezesa” i z „prezesami” na pokładzie. Tutaj jestem winien Państwu wyjaśnienie, że mianem „prezesów”, określała żołnierska brać ludzi z WSI, zawsze wypoczętych i zrelaksowanych, będących poza jakąkolwiek kontrolą, faktycznie wyglądających niczym prezesi, pośród wiecznie umordowanych spadochroniarzy. Kolumna pędziła bardzo szybko, toteż kazałem mu zwrócić na nich szczególną uwagę, a sam rzuciłem w eter kolejną komendę: „Przygotować się do wykonania >Cmentarz 2<!”. Czytelnicy muszą wiedzieć, że przy wyjeździe z Karbali, po prawej stronie szosy, była ogromna nekropolia, z terenu której, często ostrzeliwano przejeżdżające pojazdy koalicji antysaddamowskiej. Mieliśmy surowy zakaz operowania w miejscach kultu religijnego, więc, aby przeciwdziałać podobnym akcjom, wypracowaliśmy metodę prowadzenia ognia prewencyjnego, polegającego na wystrzeleniu kilku serii w powietrze, wysoko ponad nagrobkami, co miało zniechęcić przeciwnika, do zaatakowania nas. „Cmentarz 2” oznaczało, że strzelać mają jedynie karabiny i karabinki z Honkerów „parzystych”, czyli drugiego, czwartego i szóstego w kolumnie. Pozostałe środki ogniowe, te „nieparzyste”, pilnowały sektorów na lewo. Gdy zbliżyliśmy się do mogilnika rozkazałem: „>Cmentarz 2< – WYKONAĆ!”. Rozpętało się piekło, kiedy z prawych burt posypał się grad pocisków smugowych, a towarzysząca mu kanonada, na kilka sekund zadławiła ryk silników i pęd powietrza. Gdy opuściliśmy niebezpieczny rejon, strzelcy wymienili taśmy oraz magazynki na pełne i spokojnie pomknęliśmy do podkarbalskiego Camp Lima, gdzie dowódca 1 BCT chciał pomówić chwilę z dowódcą batalionu zmechanizowanego, a my mogliśmy sobie zrobić krótką przerwę.

Przerwę wykorzystałem na kontakt z nieproszonymi pasażerami dziwnego auta. Okazało się, iż faktycznie są nimi oficerowie służb – dwóch podpułkowników i major. Podszedłem do nich, stanąłem w postawie zasadniczej, oddałem honory, przedstawiłem się i zapytałem, czemu samowolnie dołączyli do kolumny? W odpowiedzi usłyszałem, że to nie jest moją sprawą, po czym, panowie kazali mi udać się do swoich obowiązków, żegnając szyderczymi uśmiechami. Nie mając innego wyjścia, tak właśnie uczyniłem. Po kliku chwilach przybył gen. Gruszka i ruszyliśmy w dalszą drogę, by, już bez żadnych dalszych niespodzianek, dotrzeć szczęśliwie do Camp Babilon.

Camp Babilon to było miejsce boskie. Potężna baza z sukiem, czyli arabskim targiem, wielkim DFAC (skrót od ang. „Dining Facility” – stołówka żołnierska, spolszczona wymowa „difak”), lądowiskiem śmigłowców, amfiteatrem i żeńskim personelem medycznym. Po kilku tygodniach, spędzonych w maleńkiej Camp Juliet, czułem się tutaj niczym filmowy Krokodyl Dundee w Nowym Jorku. Pierwsze kroki skierowałem do jadłodajni, gdzie skonsumowałem frykasów do woli. Później poszliśmy na targowisko obejrzeć towary, kupić zapas papierosów i pogadać z wrzaskliwymi handlarzami. Po tym wszystkim znów wróciliśmy na kolejny posiłek, a później na parking, do naszych aut. Część żołnierzy wyciągnęła polowe łóżka, by uciąć sobie  drzemkę, pozostali zaś rozmawiali, grali w karty i dowcipkowali. Nastało późne popołudnie, kiedy podszedł do mnie kapitan z ochrony bazy i powiedział, że jeśli nie wyjadę konwojem do godziny 18.30, to będę musiał nocować w Babilonie, gdyż procedury bezpieczeństwa, zabraniają opuszczać ufortyfikowany rejon, po tym czasie. Zaaferowany pobiegłem do sztabu, odnalazłem generała i poinformowałem go o sprawie. Dowódca BCT kazał mi natychmiast szykować do drogi, co niezwłocznie zrobiłem. Kilka minut później miałem znów gotowy do jazdy konwój, policzonych co do jednego żołnierzy, pracujące radiostacje i, punktualnie o 18.07, opuściłem ostatni posterunek kontrolny bazy, udając się w drogę powrotną.

Droga powrotna przebiegała bajecznie. Zrobiliśmy zakupy, mieliśmy pełne brzuchy, oderwaliśmy się od codzienności, więc nastroje były przednie. Rzekę Eufrat przekroczyliśmy przez wąski, zatłoczony most, w ponurej miejscowości Al-Hindijja i mknęliśmy, jak najszybciej do siebie. Nagle, nie wiedząc czemu, poczułem dziwny niepokój. Już wiedziałem, że stało się coś negatywnego, tylko jeszcze nie mogłem sobie uświadomić co. Po chwili doznałem olśnienia! Eureka! Chwyciłem za słuchawkę radiostacji i zapytałem Leszka, czy pojazd WSI jedzie przed nim? Otrzymałem odpowiedź negatywną, skompilowaną ze złośliwym rechotem mojego przyjaciela, który dodał, że teraz to sobie panowie posiedzą w Babilonie, aż do przyjazdu następnego konwoju z Karbali. Zaśmiałem się także, ale już nie starczyło mi czasu na dalsze krotochwile, ponieważ zbliżaliśmy się ponownie do rejonu zagrożenia i ponownie wydałem komendę radiową: „Przygotować się do wykonania >Cmentarz 1<!”. Po chwili rozkazałem: „>Cmentarz 1< – WYKONAĆ!”. Tym razem strzelały karabiny z pojazdów nieparzystych i nad płytami nagrobnymi, pojawiły się setki kolorowych smug, nakreślonych przez pociski. Bezpiecznie pokonaliśmy nieszczęsny odcinek drogi i już tylko kwadrans dzielił mnie od wjazdu do macierzystej Camp Juliet.

Camp Juliet powoli układał się do snu. Ruch praktycznie zanikł, a jakąkolwiek aktywność wykazywały tylko posterunki na wieżach wartowniczych i kilkunastu żołnierzy, wyjeżdżających na nocny patrol. Wszedłem do pomieszczenia, w którym mieszkałem, zrzuciłem z siebie ekwipunek, pogadałem chwilę z kolegą i chciałem pójść pod prysznic, gdy niespodziewanie w drzwiach stanął dowódca batalionu i rzucił: „Słuchaj, szybko załóż mundur i chodź ze mną do dowódcy brygady”. W drodze pytałem o co chodzi, ale przełożony nie chciał powiedzieć. Wszedłem za nim do gabinetu gen. Edwarda Gruszki i nogi się pode mną ugięły, gdyż zobaczyłem duchy Horpyny, Czeremisa i jakiegoś trzeciego potępieńca, którego od razu nie rozpoznałem, ale mógł być to topielec – fantom z jeziora. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, jeden z upiorów, ten w randze podpułkownika, krzyknął do mnie: „O k*rwa, Panie Złoty, przez Pana – k*rwa – umrę z dziesięć lat wcześniej!”. Drugi, noszący epolety majora, dodał: „Ja p***dolę, Mistrzu, chciałeś moje dzieci osierocić?”. Trzeci, wodnik wywleczony z toni i też podpułkownik, milczał, gdyż, najprawdopodobniej jeszcze strach go nie opuścił i nie mógł wydobyć z siebie słowa, ale było widać, że lada chwila będzie chciał wyartykułować oralnie, swoją straszliwą traumę. Jak się Państwo domyślają, było to trzech dzielnych „prezesów”, którzy samotnie, jednym pojazdem, jechali z Al-Hilla do Karbali. Proszę sobie wyobrazić trzy odwojskowione niemoty, w nieopancerzonym aucie, we wrogim kraju, podczas ciemnej, arabskiej nocy. Gdy ja sobie ową akcję wyobraziłem, to zrobiło mi się ich nawet szkoda, ale tylko przez chwilę, gdyż panowie zajęli się mną nadzwyczaj starannie.

Nadzwyczaj starannie opisali generałowi i dowódcy batalionu koszmary, jakie towarzyszyły im drodze powrotnej, solennie zapewniając zgromadzonych, że przyniosły one trwały uszczerbek na zdrowiu podróżników, a winnym całej sytuacji miałem być ja – biedny oficer młodszy, dowodzący konwojem. Powoli krew zaczynała krążyć w żyłach pustynnych peregrynantów, bo, wykrzywione wciekłością twarze, gwałtownie zmieniały kolory, z trupiobladych na purpurowe. Gdy skończyli gorzkie żale, przeszli do natarcia i zaczęli twierdzić, że cała operacja „Iraqi Freedom” o mały włos nie zakończyła się fiaskiem, gdyż pozbawiłem ochrony kontrwywiadowczej, cały międzynarodowy kontyngent wojskowy. Później zażądali aby postawić mnie przed sądem polowym, a najlepiej to od razu wyprowadzić za stodoły, niczym Andrzeja Kmicica, i rozstrzelać. Oni we trzech się darli, ja stałem wyprężony niczym struna, milcząc i patrząc na wprost, mój dowódca pocierał ogorzałą twarz dłońmi, ponieważ dostał podejrzanych skurczów mięśni mimicznych, a gen. Gruszka opuścił głowę i schylił się nisko za biurkiem, grzebiąc zawzięcie w najniższej szufladzie. Wreszcie bractwo się zmęczyło i zamilkło. Nastała niezręczna cisza, którą przerwał zmieniony głos generała, pytającego pogromców wrażych szpiegów, czy napiją się kawy? Odmówili, toteż podziękował im za rozmowę, dodał, iż sprawy tak nie zostawi, po czym zaproponował im pójście spać, gdyż faktycznie mają prawo czuć się wyczerpani, po takim wojażu. Kiedy trzej jeźdźcy Apokalipsy wyszli, dowódca BCT kazał mi usiąść i opowiedzieć po kolei cała historię.

Historia zaintrygowała moich słuchaczy, co okazywali kręcąc głowami. Gdy skończyłem, generał kazał mi wyjść i długo jeszcze rozmawiał z moim dowódcą. Minęło kilka dni, o sprawie nikt nie mówił, a ja zacząłem o niej powoli zapominać. Dowódca batalionu rozmawiał ze mną normalnie, gen. Gruszka witał się jak ze swoim, więc nadzieja wróciła w me żołnierskie serce i zacząłem wierzyć, że uniknę konsekwencji, co faktycznie się stało. Upłynęło parę tygodni od znamiennych wydarzeń, a ja siedziałem w nocy na stołówce, posilając się po długim patrolu. Wtem w drzwiach namiotu stanęło owych trzech oficerów. Byli weseli i pogodni, aż do momentu, gdy dostrzegli moją skromną postać przy stoliku. Uśmiechy spełzły im z twarzy, zrobili energiczny zwrot na pięcie i opuścili jadłodajnię bez słowa. Zaśmiałem się w duchu, dokończyłem kolację i poszedłem spać, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

W tym miejscu kończy się cała, burzliwa historia a Państwo już wiedzą, jak dzielnie walczyłem z reżimem i rozumieją, iż moja opowieść, jest to faktycznie opowieść heroiczna.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 22 lipca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja