Współczynnik mojej odwagi i dzielności wzrasta każdorazowo w momencie, kiedy mam pełny brzuch i leżę sobie wygodnie na kanapie, kontemplując fakturę i kolorystykę ściany naprzeciwko. Jestem wtedy gotów przenosić góry, pod warunkiem jednak, że przenoszącym zostanie ktoś inny, a ja będę prowadził nadzór, nad tym niesamowitym przedsięwzięciem. Tak było też ostatnio, kiedy w przestrzeni medialnej natknąłem się na informację, że pracownicy amerykańskiej ambasady w Bagdadzie, zostali z niej ewakuowani śmigłowcami, w obawie przed irańskim atakiem.

Wyobraźnia zaczęła natychmiast pracować na pełnych obrotach i wyimaginowałem sobie moją cielesną powłokę w metropolii nad Tygrysem, gdzie sprawnie kieruję całą operacją. Do wykonania przedmiotowego zadania niezbędne byłaby mi: krótkofalówka – do wydawania rozkazów pilotom, przyciemniane okulary na pół twarzy i, koniecznie, guma do żucia – abym mógł komendy ustne, wzmacniać kolistymi ruchami dolnej szczęki, mielącej podatną materię.

Oczywiście wszystko poszłoby jak z płatka, a ja wypiąłbym później dumnie pierś go orderów. Po chwili przyszło jednak opamiętanie i zastanowienie, a gdzieś z tylu głowy zaświtała myśl, że jeśli coś by się nie udało, to wówczas byłbym pierwszym i, być może, jedynym winnym. Przewróciłem się na prawy bok, ułożyłem jeszcze bardziej komfortowo i pomyślałem, że jednak lepiej zostać w bezpiecznym domu i stąd dawać wszystkim dookoła niesamowicie dobre rady.

Niesamowicie dobre rady chciałbym dać głównie tym, którzy aktualnie partycypują w amerykańsko – irańskiej przepychance dyplomatycznej. Inicjalnymi zaleceniami, otwierającymi stawkę, są: wzięcie głębokiego oddechu, policzenie do dziesięciu, a następnie napicie się dużej ilości zimnej wody. Proponuję, aby uczynili to wszyscy mądrale – od Waszyngtonu począwszy, poprzez Moskwę i Pekin, a na Teheranie skończywszy. Ponieważ śmiem wątpić, aby którykolwiek z nich czytał w języku Mickiewicza, więc siłą rzeczy mój przekaz skierowany jest do wybitnych znawców naszej rodzimej polityki zagranicznej – moich Czytelników.

Moich Czytelników przekonywać nie muszę, że z wielką ostrożnością i dystansem, powinniśmy składać, jakiekolwiek deklaracje wsparcia, którejkolwiek ze stron. Wszyscy piewcy „polityki realnej” dawno już powiedzieli, iż nie ma żadnych sentymentów w kontaktach międzypaństwowych, a o „dozgonnej przyjaźni pomiędzy narodami”, to można zabełkotać chwilę przed kamerami, by studyjni dziennikarze mieli kanwę, do snucia swoich fantastycznych, często bzdurnych opowieści. Rozmowy zakulisowe rządzą się osobnymi, surowymi regułami i winny być nastawione na osiągnięcie konkretnej korzyści finansowej. Ponad półtorej dekady temu, latem roku 2003, wysłaliśmy Polski Kontyngent Wojskowy do Iraku. Nasi żołnierze walczyli tam jako najdzielniejsi z dzielnych, przynosząc chlubę i chwałę orężowi polskiemu. I co otrzymaliśmy w zamian? W zamian nie otrzymaliśmy dokładnie nic. Aby uniknąć niedomówień dopowiem, że uważam naszą obecność nad Eufratem za pożyteczną z punktu widzenia wojskowego, gdyż zaowocowała niesamowitym rozwojem Sił Zbrojnych. Gorzej sprawa wygląda, kiedy na tapetę weźmiemy stronę ekonomiczną przedsięwzięcia, ponieważ na tej niwie, trudno dopatrzeć się czegokolwiek dobrego. Zgubiła nas zwyczajna naiwność i wiara w dobrą wolę pozostałych graczy.

Pozostali gracze, jak choćby Niemcy, postąpili dokładnie odwrotnie – pozostawili Bundeswehrę w bezpiecznych koszarach, ale załatwili irackie kontrakty dla swoich firm. Trudno mnie posądzić o bycie piewcą teutońskiej polityki zagranicznej tamtego okresu, ale wszystkim naszym włodarzom proponowałbym jej dogłębną jej analizę. Cechowały ją pragmatyzm i zimna krew. Teraz powinniśmy zastosować podobna taktykę. Stany Zjednoczone podejmują od kilku miesięcy gigantyczny wysiłek dyplomatyczny, próbując sklecić antyirańską koalicję i idzie im bardzo opornie. Przedsięwzięcie spotyka się z jawną wrogością największych członków Unii Europejskiej, co jest dosadnie wyartykułowane na szpaltach niemieckich tytułów prasowych.

Pierwszy poważny błąd, jakim była organizacja lutowej konferencji bliskowschodniej, Polska ma już za sobą. Teraz okazuje się, że tak naprawdę nie wiadomo, czym owo spotkanie było. W założeniu miało być platformą dialogu, a skończyło się na strofowaniu Warszawy i żądaniu dokonania zmian w prawie, umożliwiających wypłatę gigantycznych pieniędzy organizacjom żydowskim. Nie muszę chyba dodawać, że zmasakrowało także nasze, całkiem niezłe, kontakty z Iranem, a ogólny bilans wydarzenia trudno dziś nazwać korzystnym. Cała nadzieja w prezydencie.

Prezydent Andrzej Duda wybiera się w czerwcu do Waszyngtonu, na spotkanie z Donaldem Trumpem. Można się założyć o niezłą sumkę, że rozmowa będzie tyczyła także spraw perskich. Pomimo wielu zastrzeżeń, jakie mam do niektórych pociągnięć głowy państwa, to jednak wierzę, iż na tej wizycie można wiele ugrać. Bardzo chciałbym, abyśmy dobrze przygotowali do negocjacji naszą delegację i wykorzystali bezwzględnie moment, kiedy jesteśmy najbardziej potrzebni Amerykanom. Na szczęście ja posiadam komfort oglądania sytuacji z boku i mogę bezkarnie dawać wszystkim niesamowicie dobre rady.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó,

ZOBACZ TAKŻE:

Tylko w „Życie Stolicy” wywiad z Davidem Packouz’em – „Rekinem Wojny”!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja