Mamy dzieci, i bez tego. Mamy je jednak dużo później niż nasi rodzice mieli nas[1]. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przeciętna polka rodziła dziecko w wieku 22-23 lat. Jeszcze na studiach, lub tuż po. Wkraczała w dorosłe życie już z dzieckiem. Małżeństwa pomalutku dorabiały się kolejnych rzeczy: mieszkania, samochodu, pralki automatycznej itd… Na wakacje jeździli pod namiot, albo na wczasy FWP – wszędzie towarzyszyło im dziecko, dwoje dzieci… Nie miało znaczenia dokąd jechali. Jechali razem. Maluch pod pachę, w nosidełku, na rowerze. Był razem z rodzicami. Czasem jakaś babcia zlitowała się nad młodymi i zabrała maleństwo na weekend żeby rodzice mieli chwilkę dla siebie. Ale to było wielkie święto. Żyło się z dzieckiem, które było naturalnym uczestnikiem codzienności. Może czasem trochę brudne poszło spać, bo już wody ciepłej zabrakło, albo za późno wróciliśmy do domu. Dzieci uczestniczyły w życiu rodziców, którzy młodzi, ciekawi świata i życia wszędzie byli z nimi. Jestem z pokolenia, w którym dzieci były częścią życia – naturalną i oczywistą.

Możemy żyć nawet 120 lat

W pokoleniu dzisiejszych trzydziestolatków też rodzą się dzieci. Tylko, że rodzice są już dawno po studiach, zwiedzili pół świata co najmniej. Wyszaleli się, dorobili, zaczęło im się nudzić…Pora na dzidziusia. Upragniona ciąża, często po wielu próbach, wreszcie jest dziecko! I… I zaczyna się problem bo dziecko jest już zamiast wszystkiego. Bo już wszystko przeżyliśmy, wszystko zobaczyliśmy. Rodzice są świetnie przygotowani merytorycznie i finansowo. Jest plan. I co dalej? Albo dziecko staje się całym światem i mama rezygnuje ze wszystkiego co do tej pory osiągnęła, często także i z relacji z mężem i bez reszty oddaje się wychowaniu potomstwa, albo po rocznym macierzyńskim wraca do pracy oddając pociechę do żłobka lub w ręce opiekunki. Babcie teraz są jeszcze aktywne i pracują.

Kiedy mama staje się kurą domową, jej świat kręci się wokół maleństwa. Jest do niego przywiązana tak bardzo, że nie dostrzega momentu, w którym pępowina już dawno powinna być przecięta. Kurczowo trzyma je przy sobie i koniec końców nie pozwala na jakąkolwiek samodzielność. Sobie i otoczeniu wmawia, że dziecko bez niej nie poradzi sobie w żaden sposób.

Chyba gorzej jest jednak kiedy rodzice za wszelką cenę chcą żyć tak jak przed narodzinami potomka. Nie umieją dostrzec zmian i zamiast razem z dzieckiem żyją po prostu z dzieckiem. Jak to wygląda?

Sobotnie popołudnie – rodzina na obiedzie w restauracji. Rodzice przy stoliku, dziecko w kąciku malucha, pod opieką obsługi. Rodzice delektują się smakiem potraw, dziecko bawi się z opiekunką.

Potem na Facebooku pojawia się relacja ze wspólnej eskapady. Inny przykład: wspólny wyjazd w góry. Rodzice zachwyceni, że hotel przyjazny dzieciom – bo miał salę zabaw i animatorów. Rodzice na nartach, dzieci w kojcu… Jeszcze jeden przykład: sobotni poranek. Trzeba odespać tydzień. Dzieci wstają wcześnie i …albo bajka w telewizorze, albo komórka w ręku. Są grzeczne, nie przeszkadzają, nie sprawiają kłopotu, ale czy są z nami? Czy jesteśmy razem?

Szczepienia przeciwko rotawirusom powinny być dostępne dla wszystkich niemowląt?

Jeśli coś robimy z dziećmi to robimy to dla dzieci. Dziecko to nie pies, który grzecznie położy się przy nogach i pośpi do końca wieczoru. Dzieciom trzeba poświęcić czas i uwagę. Jeśli idziemy z dziećmi do restauracji to usiądźmy z nimi przy stole. Pokażmy jak używa się sztućców, serwetki, porozmawiajmy o rzeczach, które ich interesują. Nie będą wtedy rozrabiać, krzyczeć, płakać. Będą czuły się ważne. I będą uczyć się życia wśród nas. Czym skorupka za młodu nasiąknie – tym na starość trąci – to nie takie głupie przysłowie ponieważ dziecko, które od najmłodszych lat wie jak należy zachować się w miejscach publicznych nigdy nie popełni gafy w życiu dorosłym. Będzie miało we krwi dobre maniery, a jedzenie nożem i widelcem będzie dla niego czymś naturalnym. Jeśli jedziemy na wakacje, to my jesteśmy odpowiedzialni za ich czas. Trzeba go organizować i animować, dostarczać rozrywek i atrakcji, inaczej będą się nudzić i będą nieznośne. Dla własnej wygody i spokoju zaplanujmy aktywny spacer do parku, lasu, na plac zabaw. Po powrocie maluchy odpoczną, pójdą spać, a my będziemy mieć chwilę dla siebie. Inaczej będą wisieć przy nodze i marudzić. Warunek jest jeden. Uczestniczymy aktywnie w tym co dzieciom oferujemy. Jeżeli pójdziemy do parku linowego i ze znudzeniem będziemy czekali końca przejazdu kolejki, jeżeli nie włączymy się w ich aktywność – nie będą jej podejmować. Jeżeli będziemy je traktowali jako dodatek do życia, a nie jako element życia szybko staną się kulą u nogi, a my zatęsknimy do czasów kiedy ich nie było. Jedyny warunek: dzieci nie tyko trzeba kochać i karmić, trzeba je także lubić. Znam małżeństwo, które ma dwójkę sporych już szkrabów. Ich weekend wygląda tak: rano tata na zakupy – sam. W południe mama jedzie coś załatwić – tata zostaje w domu, wieczorem rodzice chcą odpocząć. Znudzone dzieci zaczynają się kłócić. W niedzielę każdy wyspany snuje się po domu. Rodzice dochodzą do wniosku, że dzieciom brakuje szkoły. Nie planują, nie przeżywają, nie uczestniczą. Żyją obok. Marzą aby dzieci dorosły i poszły na swoje.

Bądźmy razem. A nie obok. Opłaci się.

[1] Raport Eurostat 2018 – statystyczna polka rodzi pierwsze dziecko w wieku 27 lat. Raport GUS 2018 – w ciągu ostatnich pięciu o 70% wzrosła ilość kobiet, które pierwsze dziecko urodziły po 30 roku życia.

One Comment on “Dzieci nasz skarb”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *