Najbardziej szczery, człowiek staje się w momentach silnego rozemocjonowania, dlatego teraz – kiedy opadło pierwsze napięcie – towarzyszące wizycie w USA, prezydenta z szefem resortu obrony, proponuję zrobić staranny przegląd komentarzy, które były w tamtym czasie artykułowane. Naturalnie, wszystkie strony rodzimej sceny politycznej, dały wyraz swojemu niezadowoleniu lub poparciu, dla poczynań Andrzeja Dudy i Mariusza Błaszczaka, co wznieciło kolejną, medialną zawieruchę. Nieprzebrane tabuny ekspertów i znawców współczesnej awiacji, prześcigały się w przytaczaniu danych taktyczno – technicznych najprzeróżniejszych statków powietrznych, twierdząc autorytatywnie, iż minister Błaszczak kupił latający złom, co napotykało zdecydowaną kontrę kohort innych biegłych i uczonych, zaręczających, iż samoloty F-35A są współczesnym cudem techniki. Cyfry mieszały się z liczbami, Machy z kilometrami, a eksperci od zawsze cywilni z emerytowanymi generałami. Każdy wiedział najlepiej i z politowaniem patrzył na adwersarza. Z upływem czasu dyskutanci się męczyli, coraz mniej energicznie argumentowali i słabiej gestykulowali. W końcu, wszyscy poszli do domu albo na wódkę i nastąpiło to, co zwykle ma miejsce w takich wypadkach – przyszła cisza po burzy.

Cisza po burzy była jedynie pozorna, gdyż do przestrzeni medialnej zaczęła przeciekać narracja o rządzie, marnującym pieniądze podatnika na zakup broni, zamiast przeznaczać je, bodaj na poprawę stanu służby zdrowia. Przyznają Państwo, iż podobnej tezie trudno dać odpór, choćby ze względu na niespotykaną delikatność materii, prawda? Każdego z nas spotkało nieszczęście, zetknięcia się z działaniem państwowych placówek medycznych i każdy mógłby snuć, wielogodzinne opowieści o jej katastrofalnym stanie. Argumenty byłyby najprawdopodobniej jednolite i zbliżone do siebie – stawkę zarzutów otwierają najczęściej długie kolejki do specjalisty, następnie można płynnie przejść do znieczulicy, opryskliwości i braku empatii „białego personelu”, tylko po to, by ów „peleton zarzutów” zamknąć podartą pościelą i głodowymi racjami żywnościowymi, serwowanymi na szpitalnych oddziałach. Jeśli o czymś zapomniałem to serdecznie przepraszam, ale jestem pewien, że każdy z Czytelników dopowie sobie resztę we własnym zakresie i spróbuje samodzielnie dokonać pracy myślowej, pozwalającej racjonalnie dyskutować, z powyższym zderzeniem potrzeb społecznych – „szpitale versus oręż”.

„Szpitale versus oręż” to szatańska pułapka, dla udręczonego, wiecznie borykającego się ze wszystkimi możliwymi niedoborami, społeczeństwa i trzeba dużej odwagi, aby argumentować za orężem. Zbyt odważny to ja nie jestem, ale podobno nie grzeszę mądrością, co wielokrotnie podnosił największy mój ciemiężca – Redaktor Naczelny, w czym dzielnie wtórował mu zawsze, drugi poganiacz niewolników – Wydawca. Dlatego też, straceńczo postawię tezę, głoszącą, że jeśli teraz nie kupimy samolotów, to sytuacji w krajowej medycynie nie polepszymy nigdy. Poprę powyższe rozumowanie wyświechtanym sloganem, o konieczności posiadania „ostrych zębów”, które zniechęcą każdego agresora, do inwazji na Polskę. Takimi „zębami” są właśnie nowoczesne Siły Powietrzne, budowane przez ekipę kierującą obecnie MON-em, z Mariuszem Błaszczakiem na czele. Banał? Tak banał, ale niestety boleśnie prawdziwy. Jeśli cofniemy się myślami i wspomnimy ostatnie wypadki lotnicze, to uświadomimy sobie, że ulegały nim stare, wyprodukowane jeszcze w czasach Układu Warszawskiego, samoloty, z biura konstrukcyjnego Mikojana i Guriewicza. Kilkanaście miesięcy temu, w lipcu 2018 r., zginął pilot MiG – 29, kapitan Zbigniew Sobański. Straszna tragedia dla bliskich żołnierza i niepowetowana strata dla armii. Wtedy podniosły się głosy, że eksploatujemy poradziecki sprzęt, którego miejsce jest w muzeum, a nie na niebie. Zgoda – MiG-i powinny dawno odejść do lamusa, ale należałoby mieć cokolwiek na ich zastępstwo, bo inaczej staniemy się obiektem ataku potężnego sąsiada, a oświecona Europa nie kiwnie nawet palcem w naszej obronie. Dlatego jesteśmy skazani na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

Stany Zjednoczone nie prowadzą, przynajmniej jako państwo, międzynarodowej działalności charytatywnej. Kontrakt z Polską musi im zwyczajnie przynieść zysk, dlatego, obok statków powietrznych, wzięliśmy w pakiecie skroplony gaz. I tutaj też powstał medialny klangor. Wynurzyli się poszukiwacze kamienia filozoficznego, twierdzący, że gaz rosyjski jest tańszy. Szkoda tylko, że ci sami „augurowie błękitnych paliw” zapomnieli dodać, iż w ostatnim czasie, dziwnie często, wschodni kontrahent dostarczał nam zanieczyszczony produkt, z którym mieliśmy jedynie kłopoty. Jestem święcie przekonany, że każdy z nich – oczywiście za sowitą opłatą – skleciłby sążnisty traktat, o konieczności dywersyfikacji dostaw, szermując biegle argumentem o „niewkładaniu wszystkich jajek do jednego koszyka”. No cóż – widocznie punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, ale my mamy swój rozum.

Rozum podpowiada aby nie ulegać naciskom. Rozum podpowiada, aby nie ufać Rosji i Niemcom. Rozum podpowiada, by starać się maksymalnie usamodzielnić i uniezależnić. To nie może podobać się ani Angeli Merkel ani Władimirowi Putinowi. Tyle tylko, że my nie jesteśmy od podobania się im. Mamy prawo czuć się bezpiecznie, a skoro nasi sąsiedzi robią wszystko, abyśmy tak się nie czuli, więc musieliśmy zwrócić się do Donalda Trumpa. Prezydent USA zacznie wkrótce nas potrzebować, bo w przyszłym roku będzie ubiegał się o reelekcję, więc w tym należy upatrywać naszą szansę. Obserwujmy spokojnie wszystko to co wokół Polski się dzieje i nie dajmy się zwieść pozornej ciszy po burzy.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 24 czerwca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja