Trawa się zazieleniła, drzewa zakwitły i od razu zachciało mi się żyć. Spędzam teraz większość czasu na łonie natury, myśląc o niebieskich migdałach i próbując odciąć się od polityki oraz życia publicznego. Nie jest to zbyt poważne wyzwanie, gdyż praktycznie nic ciekawego w kraju się nie dzieje. Mateusz Morawiecki zapewne oblicza jakieś tam te swoje nudne wskaźniki finansowe, dręcząc telefonicznymi pytaniami minister finansów, Teresę Czerwińską i cały podległy personel. Chyba nawet nieźle im to idzie, bo o sukcesach gospodarczych Polski, opowiada już nawet sam szef zespołu doradców gospodarczych Donalda Trumpa, Kevin Hassett. Nie będę wgłębiał się w meandry współczynników mierzących hossy i bessy, ponieważ nie mam do tego zwyczajnie cierpliwości. Dla mnie sprawa jest prosta – jest dobrze, gdy mam pieniądze w portfelu, zaś jest źle, gdy ich nie mam.

Kilka złotych jeszcze posiadam, wydarzeń spektakularnych brak, więc postanowiłem, że nie napiszę mojego cotygodniowego felietonu, o czym powiadomiłem radośnie wroga mego śmiertelnego – Reaktora Naczelnego. Indywiduum owo, najpierw wysłuchało mnie spokojnie a następnie bezwzględnie zażądało tekstu. Przypomniałem mu usłużnie, że bycie redaktorem naczelnym, nie oznacza wcale, iż ma zachowywać się jak naczelne – szczególnie te, zamieszkujące korony drzew podzwrotnikowych. Koryfeusz stopki redakcyjnej odpowiedział mi lemurzym wrzaskiem i zagroził, że jeśli on nie otrzyma artykułu, to ja otrzymam zwolnienie dyscyplinarne.

Zwolnienie dyscyplinarne z roboty mi się nie uśmiecha, więc w rozpaczliwym poszukiwaniu tematu, zabrnąłem głęboko w internetową przestrzeń medialną, gdzie natknąłem się na program Tomasza Lisa i jego rubasznych gości. Cóż za uczta dla człowieka, który praktycznie nie ogląda żadnej telewizji. Głównym „kelnerem” serwującym słowo, był sam Adam Michnik, od kilku dekad, nieprzerwanie, kierujący dziennikiem, z symbolicznym, czerwonym czworokątem w logo. Zdawałem sobie sprawę, iż mam do czynienia z człekiem, który swego czasu – z dyktafonem w kieszeni – zmieniał rządy, dlatego w wielkim skupieniu zacząłem chłonąć dialog Panów Tomasza i Adama.

Skupienia wystarczyło mi raptem na kilka minut i zaraz zostało ono zluzowane przez rozczarowanie. Być może ja wyrobiłem się politycznie, a być może to Michnik jest na fali opadającej, ale spodziewałem się po nim o wiele więcej. Generalnie odniosłem wrażenie, że obydwaj panowie są pracownikami podrzędnej agencji nieruchomości, usiłującymi przekonać klienta, że stara, zagrzybiona chałupa, z cieknącym dachem jest pałacem i to takim na miarę europejską. Tak, mają Państwo rację – dyskurs był o uniwersyteckim dublecie wykładowym, jakim w ostatnim czasie obdarował nas Donald Tusk.

Donald Tusk, postrzegany przez liberalną stronę sceny politycznej jako jeździec Apokalipsy, który w bezwzględny sposób rozprawi się z mrocznymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, chyba całkowicie zawiódł pokładane w nim nadzieje, gdyż Michnik dokonywał ekwilibrystyki umysłowej, by przekonać słuchających, że jest inaczej – czyli bardzo dobrze. Nie wiem, dlaczego Pan Adam, opowiadając o Przewodniczącym Rady Europejskiej, mówił o nim per „Donald”. Strasznie się cieszę, iż Michnik ma tak rozległe znajomości, ale już sam fakt picia przez owych dżentelmenów bruderszaftu – okraszonego zapewne męskim całowaniem z dubeltówki – ukazuje, wygłoszoną ocenę działań „Donalda”, jako mocno subiektywną.

Idąc dalej tym tropem, można wnioskować, że naczelny „Gazety Wyborczej”, wespół z szefem tygodnika „Newsweek Polska”, alarmowo przyjęli posady robotników drogowych, którzy w pomarańczowych kubraczkach wylegli na drogi, aby zalewać gorącym asfaltem dziury, jakie pojawiły się w całej okazałości po zimie. Dla pełnego zrozumienia sytuacji i uniknięcia jakichkolwiek niedopowiedzeń dodam, że cenię prace wykonywane przez prawdziwych drogowców o wiele wyżej, niż czyny Michnika, Lisa i Tuska razem wziętych. Ale to moja wewnętrzna ocena, którą mam prawo dzielić się bardzo szczodrze.

Bardzo szczodrze Adam Michnik szermował frazami, opisującymi Donalda Tuska jako polityka europejskiego formatu, wizjonera wręcz. Problem w tym, że laudator nie poparł swoich tez żadnymi przykładami. Było to na zasadzie stwierdzenia aksjomatu: „Tusk wielkim politykiem jest i basta!”. No i co z tego wynika? Nie wynika dosłownie nic. Tusk przelicytował już na Uniwersytecie Warszawskim, spuszczając ze smyczy Leszka Jażdżewskiego, z jego antykościelnym i antyklerykalnym przemówieniem. Wszystkim głoszącym, iż były premier Polski nie wiedział co powie Jażdżewski, odwijam natychmiast stwierdzeniem – to znaczy, że Donald Tusk nie panuje nad swoim otoczeniem i należy, jak najszybciej, pozbawić go wszystkich stanowisk kierowniczych.

Michnik próbował marginalizować rolę szefa „Liberté!” twierdząc autorytatywnie, iż „to co jest przesadne nie ma znaczenia”. Więc ja zapytam – po co było Tuskowi wsparcie Jażdżewskiego, skoro nie miało ono znaczenia? Czy mam konkludować, że „Donald” zajmuje się rzeczami bez znaczenia? Jeśli tak, to po on mi jest potrzebny na firmamencie polskiej polityki? Piłkarzy amatorów i malarzy kominów ci u nas dostatek przecież, prawda? Chyba liberałowie sami ostatnio zapędzili się w kozi róg.

W kozi róg zapędzili się niestety także prawicowi fechmistrze pióra, na wyścigi opisujący, jak słabo wypadł Tusk. Robili to z wyraźną ulgą, jakby chcieli dać upust własnej bojaźni, przed mitycznymi możliwościami Przewodniczącego Rady Europejskiej. Zapewniam Czytelników, że nikt nie jest nadczłowiekiem. Tusk umknął do Brukseli prawie pół dekady temu, pozostawiając partyjnych towarzyszy, na pastwę zmasakrowanych ekonomicznie rządami Platformy Obywatelskiej wyborców, którzy po raz pierwszy od 1989 r., dali większość parlamentarną jednemu ugrupowaniu. Należy jego wyczyny systematycznie przypominać i oddziaływać na niego psychologicznie, a wtedy Tusk popełni kolejny błąd. On już raz pracę w Polsce samowolnie porzucił, dlatego teraz trzeba dać mu bezwzględnie zwolnienie dyscyplinarne.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 13 maja 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja