Jeśli są teraz Państwo nad Bałtykiem lub Wasze brązowe ciała wyginają się na ciepłych piaskach karaibskich plaż, to pomyślcie choć przez chwilę, o biednym galerniku słowa, który – przymierając głodem – kleci niniejszy tekst. Wyobraźcie sobie wychudzonego, bladolicego chłopinę, zjadającego ostatni kawałek czerstwego chleba i marszczącego czoło w myślowym wysiłku, by zainteresować Czytelników, jakimkolwiek politycznym tematem. Kogo normalnego obchodzi polityka podczas kanikuły? No oczywiście nikogo, ale aksjomat ten jest nieprzyswajalny dla dwóch krwiopijców, z jakimi – na moje nieszczęście – zetknął mnie los, czyli z Redaktora Naczelnego i Wydawcy. Tłumaczyłem owym autarchom, żeby, zamiast kolejnego felietonu, opublikowali kilka moich wierszy romantycznych, od lat zalegających na piwnicznych regałach, ale szybciej przekonałbym aligatora do przejścia na dietę wegańską, niż te dwa indywidua do moich racji. Skoro uparli się na artykuł polityczny to proszę bardzo, ale, w ramach zemsty, zamiast czegoś porywającego, nagryzmolę jedynie zlepek wakacyjnych banałów.

Zlepek wakacyjnych banałów, jaki obecnie serwuję, powinien zahaczyć o ostatnie wydarzenia, związane z perypetiami przy wyborze szefa Komisji Europejskiej, ale temat ten jest już do cna wyeksploatowany, przez tęgogłowych maestrów starokontynentalnej żurnalistyki, więc sprytnie go pominę. Spróbuję jednak zwrócić uwagę, na żałosny ton szwabsko – helweckich piszczałek, które usiłowały robić za surmy, podczas sromotnego odwrotu Angeli Merkel, z Brukseli do Berlina. Ale zacznijmy od początku. Frans Timmermans zebrał plony swoich ostatnich, kilkuletnich działań i liderzy europejskich państw nie zdecydowali się, na powierzenie mu schedy po Jean-Claude Junckerze. Holender przepadł i już nic tego nie zmieni. Zaciekły opór, jaki napotkał, był wynikiem rozchwianej, niespójnej i apodyktycznej polityki, prowadzonej przez niego od jesieni 2015 r., czyli od wyborów parlamentarnych w Polsce. Pamiętam pierwsze wizyty w Warszawie, gdy był podejmowany przez przepełnionego dobrą wolą Witolda Waszczykowskiego, starającego się za wszelką cenę wyłuszczyć mu zawiłości polskiego systemu prawnego i konieczność dokonania zmian, w nadwiślańskim Trybunale Konstytucyjnym. Pamiętam również komunikaty rodzimego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, głoszące, że unijny oficjel wysłuchał naszych racji, przyjął je ze zrozumieniem i empatią. Pamiętam wreszcie zaskoczoną i zbolałą minę szefa owego resortu, zarzucającego Timmermansowi jawne oszustwo i działanie na szkodę, demokratycznie wybranego rządu. Cała rzecz działa się całkiem niedawno, bo w maju roku 2016, ale to umknęło uwadze Frau Bundeskanzlerin.

Frau Bundeskanzlerin wystawiła Fransa Timmermansa do wyścigu po fotel postjunckerowski i był to jej błąd. Wizja kilkuletnich rządów, zadufanego w sobie, butnego i odrealnionego urzędasa, spowodowała popłoch wśród włodarzy państw Grupy Wyszehradzkiej, którzy dali stanowczy odpór idei Niemki. Korzystną sytuację dla państw Europy Wschodniej, wytworzyli również Włosi i członkowie Europejskiej Partii Ludowej (EPL), także stanowczo oponujący przeciwko Holendrowi. Po kilkudziesięciu godzinach dyskursu, w ramach kompromisu, wybrano Ursulę Gertrud von der Leyen, teutońską minister obrony, i wszyscy rozjechali się do domów. Pozostała jedynie sprawa wytłumaczenia ludziom „co się stało, że się nie udało”, więc do akcji wkroczyli niezawodni rzeźbiarze mózgów.

Zasiedli na sygnał do biurek i zaczęli płodzić sążniste epopeje, o mistrzostwie berlińskiego planowania i nadzwyczajnej przebiegłości kanclerz Merkel. W ich ocenie, wielopiętrowa gra, sprytne wystawienie niderlandzkiego socjalisty i finał z von der Leyen na najwyższym podium, był genialnym planem prosto znad Sprewy. Pozwolę sobie zapytać w takim razie, czemu owi piewcy triumfu pani Angeli, nie wspomnieli słowem o ustaleniach z Osaki, gdzie namaszczono Timmermansa? Czemu nie było chętnych, do dogłębnego wyjaśnienia roli Donalda Tuska, biegającego nerwowo po pokojach hotelowych premierów i prowadzącego podstolikowe, nocne rozmowy? Czemu nikt nie skupił się na samej osobie pana Fransa, skamlącego o poparcie Bułgara, Bojko Borisowa? Czemu żaden ze znawców meandrów europejskiej polityki, nie kwapił się do odłożenia wydarzeń na osi czasu i uświadomienia odbiorcom, że sprawa miała kilka gwałtownych zwrotów akcji, zaś debaty były chaotycznie odkładane i odwoływane? Ano, nikt nie uczynił przywołanych powyżej czynności, gdyż solidna analiza wydarzeń ukazałaby fiasko kalkulacji, dokonanych przez Merkel, jej słabnącą błyskawicznie pozycję i nieprzystosowanie do działań w nowym rozdaniu, po majowej elekcji do Parlamentu Europejskiego. Jednak tego już ludziom nie powiedziano.

FRANS TIMMERMANSLudziom nie powiedziano, że Timmermansa nikt nie będzie traktował tak, jak dotychczas. Temu człowiekowi nie pozwoli się więcej, na nękanie rządów państw członkowskich. Nie wiem jaką funkcję dostanie, ale stare czasy nie wrócą. Nie będzie tłumaczeń składanych na jego ręce, nie będzie pisania wyjaśnień czy uniżonych prób negocjacji. Jeśli ktoś poprowadzi z nim dialog, to na równych, partnerskich zasadach, a nie z pozycji wasalnej. Wątpiącym w takie tezy, przypominam postać innego tuza – Martina Schulza, który dziś jest praktycznie nikim. Proszę, aby bardzo sceptycznie podchodzić do opowieści o przyszłej mocy Holendra i potraktować je raczej, jako zlepek wakacyjnych banałów.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 08 lipca 2019 r.

„Prawicowi populiści”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja