O tym jak Amerykanie wydawali miliony dolarów na opracowanie drogich rozwiązań, podczas gdy Rosjanie sięgali po stare sprawdzone sposoby? Nie. To nie jest to pochwała radzieckiej optymalizacji kosztowej. To historia o tym jak pewne sprawy obrastają w legendy.

Rosjanie są genialni.
Wiadomo.
A Amerykanie?
A ci to się nie znają, a tylko dużo kasy mają.
Wiadomo.

A na początku lat 60-tych XX wieku.
Co się wtedy działo?
Wtedy rozkręcał się kosmiczny wyścig.
Pierwsze loty.
Pierwsi astronauci.
Większości rzeczy nie wiemy.
Uczymy się.
Na bieżąco.

Pierwsze loty w kosmos.
To cała masa spostrzeżeń.
Tylko jak je zarejestrować?
Nie ma laptopów, tabletów, komórek.
Do dyspozycji mamy magnetofony.
Np. system NAGRA, Stefa Kudelskiego.
Ale najszybsza jest ludzka ręka.
I pismo.
Najzwyklejsze pismo.
Tylko jak je zapisać?
W kosmosie?
W warunkach mikrograwitacji?
„Ziemskie” pióra czy długopisy, którymi piszemy, na orbicie po prostu nie działają.
Astronauci nic nimi nie napiszą.
Bo działają dzięki przyciąganiu ziemskiemu.
Taki tyci, techniczny problem.

Każdy chyba słyszał opowieść o tym, co zrobiła NASA?
Wydała kilka milionów dolarów na wynalezienie długopisu, który będzie pisał tam na górze.
Amerykanie szastali kasą.
A co zrobili Rosjanie?
Geniusze prostoty.
Najprościej jak się da.
Po prostu pisali ołówkami.

Wszystko pięknie.
Tylko, że … to nieprawda.

Rosjanie startują z Bajkonuru.
Jankesi z Cape Canaveral.
I wszyscy używają … właśnie ołówków.

Ołówki przecież piszą zawsze.
Proste jak budowa Kałacha.
I na samym początku używali ich i Rosjanie i Amerykanie.
I to właśnie na ołówki, a nie długopisy, Amerykanie wydali tyle hajsu.
Jak?
Najzwyczajniej w świecie.
Do programu Gemini zamówili wypasione ołówki.
Zrobiła je firma Houston’s Tycam Engineering.
Specjalne wymagania.
Duży rozmiar – bo grube rękawice.
Ultra/hiper mocowanie – bo mogły odlecieć.
34 ołówki po 129 zielonych za sztukę.
Prawie tysiąc dolarów w przeliczeniu na dziś.

Ktoś się dowiedział.
Dziennikarze poszperali i zrobili aferę.
„No chyba was …, tyle pieniędzy na ołówki?”

Ale mimo, że prosty i skuteczny.
To ołówek w kosmosie jest wielkim zagrożeniem.
Nawet super hiper ołówek.
Grafit to czysty węgiel.
Nawet zmieszany z klejem i lepiszczami i tak będzie pylił.
A grafitowy pył przewodzi prąd i jest mega łatwopalny.
W stanie nieważkości.
Latający ot tak sobie.
Zwarcie i katastrofa na wyciągnięcie ręki.

A po pożarze Apollo 1, Amerykanie na maksa zaostrzyli procedury bezpieczeństwa.
Czyli musi być długopis.

A najlepsze, jest to, że takie długopisy już były.
Tak po prostu, w niektórych sklepach papierniczych.

Produkowała je Fisher Pen Company.

Zwykłe długopisy mają wkład otwarty.
I nie piszą w kosmosie.
W firmie Fisher pracował niezwykły geniusz materiałowy.
Friedrich Schächter.
I to on opracował technologię anty-grawitacyjnego długopisu.

Friedrich uwielbiał opychać się z lubością Tortem Sachera.
Jakże inaczej, skoro pochodził z Wiednia.
I podczas przerwy na kawę i ciacho, wpadł na pomysł by wkład długopisu był zamknięty.
Wypełniony pod ciśnieniem 5 atmosfer.
Ekipa pracująca na ciśnieniowym długopisem opracowała też specjalny tusz o strukturze pasty.
Pod ciśnieniem i podczas ruchu, powstawał z niego fluid.
Azot pod ciśnieniem we wkładzie, izolował tusz od kontaktu z powietrzem.

Banalnie proste, jak się to czyta.
Tylko nikt na to wcześniej nie wpadł.

Narodził się anty-grawitacyjny SPACE PEN.

Space Pen działa rewelacyjnie.
Pisze w każdej pozycji.
W każdych warunkach.
Pod różnymi kątami.
Także pionowo w górze.
Pod wodą.
Pisze w temperaturze od -50 do ponad +200 stopni.
Dopracowany perfekcyjnie, dawał 50 kilometrową linię.
Aha, w wysokiej temperaturze, kolor tuszu, z niebieskiego robi się zielony.

Fisher pokazał długopis NASA.
Wysłał go do jednego z inżynierów.
NASA miała pietra, bo dopiero co była afera z ołówkami.
Ale metalowy kosmiczny długopis był bezkonkurencyjny.
W 1968 roku NASA kupiła 400 sztuk.
Pisał nim każdy astronauta programu Apollo.

I teraz najlepsze.
Kilka miesięcy potem Space Pen pokazano w Wiedniu.
Tam zobaczyli go Rosjanie.
Jak myślicie co zrobili?
To samo co Amerykanie.
Kupili.
100 długopisów, oraz 1.000 ciśnieniowych wkładów.
Dla swoich Sojuzów.

Paul Fisher był niezłym zgrywusem.
Zarobek na tych kilkuset długopisach żaden.
A reklama?
Kosmiczna i bezcenna.
I Fisher postanowił, że da Rosjanom identyczny rabat jaki dostała NASA.
I oczywiście głośno o tym mówił.

Równo 40% https://static.xx.fbcdn.net/images/emoji.php/v9/t4c/1/16/1f642.png?_nc_eui2=AeFCN2nVOWWDCVVlMq_U8D-7RAXmJfbMm_2BtEHpDZzj1bc_o5B8-GoOEXpGLM75YVayJgsf63Ln5vQ66PLVySPyRezzXuIXQGJqYhn5_5r8zg🙂
Długopis kosztował dokładnie 2,39 dolara.

Space Peny obrosły w legendy.
Bo Buzz Aldrin ułamał przez gapiostwo jeden z przełączników i zamiast niego użył długopisu by odpalić silnik.
Ale, wiadomo to „space legend”.

Space Peny produkowane są do dziś.
I do dziś latają na Międzynarodową Stację Kosmiczną.
I działają kosmicznie.
Można je sobie kupić.
Wyglądają jak … długopisy.
Każdy ma swój numer seryjny.

W tym roku 50 rocznica lądowania na Księżycu.
Fajna pamiątka.
Tytanowy najfajniejszy.
Poszukajcie w necie.

Space Pen.
Niezwykły długopis, wymyślony przez niezwykłego inżyniera.
Taki drobiazg.
A jest symbolem podboju kosmosu.
Kilka z nich jest teraz nad naszymi głowami na ISS.
Zawsze traktowany specjalnie.
To nie był przedmiot.
Tylko partner w codziennej pracy.
To był „on”.
Space Pen.
Zaczarowany Kosmiczny długopis.
Długopis, bo ołówek to był w bajce.
O zaczarowanym ołówku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja