Imaginujecie sobie Państwo sytuację, w której dwóch zdrowych chłopów, w kwiecie wieku, idzie płakać w rękaw obcej kobiecie, tylko dlatego, że im nie idzie w robocie? Wiem, iż moi Czytelnicy długo dumać nie muszą, gdyż, jako uważni obserwatorzy sceny politycznej, doskonale taką akcję pamiętają. Mowa oczywiście o spotkaniu Angeli Merkel z Grzegorzem Schetyną i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, do którego doszło 7 lutego 2017 r., a cała rzecz działa się w warszawskiej ambasadzie Niemiec. Głównych liderów opozycji mieliśmy wówczas trzech, gdyż, oprócz szefów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, dużą aktywność przejawiał także, niezapomniany Ryszard Petru. Najprawdopodobniej jednak, ktoś doniósł Frau Bundeskanzlerin o jego wątpliwych walorach intelektualnych i panu Ryszardowi, za udział w konwentyklu zwyczajnie podziękowano. Jestem święcie przekonany, że nasz „nowoczesny chwat” i tak z dyskursu nie wyniósłby nic, oprócz przysłowiowej śrubki z krzesła, więc nad jego ówczesną absencją, dziś nie ma sensu drzeć szat.

Drzeć szat nie zamierzam także nad obecnym losem Schetyny czy Kosiniaka-Kamysza, gdyż sami sobie na niego ciężko zapracowali. Pamiętna narada, gdzie jawnie szukali wsparcia głowy obcego państwa, wciągając ją w wewnętrzne sprawy Polski i spiskując przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi, była początkiem ich końca. Owo spotkanie przywołałem w innym celu – chcę mianowicie, aby zwrócili Państwo uwagę, jak bardzo zmieniła się sytuacja przez te ponad dwa lata. Chcę aby ludzie uświadomili sobie, jakiemu przemeblowaniu uległa środkowoeuropejska scena polityczna. Chcę ukazać, gasnące powoli gwiazdy nadwiślańskich tuzów liberalizmu, i – przede wszystkim – samą Merkel, z jej dzisiejszym bagażem własnych kłopotów. Osobiście uważam, że wszystko jeszcze przed naszą bohaterką, a to co ją czeka można określić frazą – wielkie tarapaty.

Wielkie tarapaty wystawiły czułki w niedzielny wieczór, 26 maja br., tuż po ogłoszeniu wstępnych wyników elekcji do Parlamentu Europejskiego (PE). Okazało się, że chadecy, występujący w barwach Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej Niemiec (CDU) i Unii Chrześcijańsko-Społecznej w Bawarii (CSU), nie byli w stanie pozyskać głosu nawet co trzeciego Niemca, i osiągnęli wynik finalny, na poziomie 28,7 proc. Tyle tylko, że to dopiero uwertura, gdyż ich koalicyjni towarzysze, spod sztandarów Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), wypadli wręcz katastrofalnie, bowiem strasbursko – brukselski wyścig, zakończyli popierani przez, raptem, 15,6 proc. rodaków. Natychmiast zadziałała stara zasada  sieroctwa porażki. Głos zabrali zwolennicy rozliczeń i zaczęli się domagać głowy Annegret Kramp-Karrenbauer, przewodniczącej CDU. Zarzucono jej serię błędów w kampanii, akcentując głównie nieudolne umizgi do prawicowej części elektoratu oraz niepotrzebną awanturę, w jaką wdała się z internautą, a którą zakończyła żądaniem zwiększenia kontroli, nad opiniami wygłaszanymi w sieci. W tym bitewnym zgiełku nie było chętnych aby zauważyć, że Kramp-Karrenbauer stoi na czele ugrupowania dopiero od 7 grudnia 2018 r., a koło sterowe dziurawego okrętu, przejęła od Angeli Merkel, obracającej nim przez prawie dwie dekady. Sama Pani Kanclerz udała, że cała sprawa jej nie dotyczy i zachowała powściągliwe milczenie.

Milczenia nie zachowała Andrea Nahles, szefowa socjaldemokratów, i zaraz po elekcji zrezygnowała z pełnienia funkcji przewodniczącej ugrupowania oraz z kierowania klubem SPD w Bundestagu. Twarda, chciałby się powiedzieć „męska decyzja”, która zasiała wielki niepokój w szeregach koalicji. Pojawiły się bowiem głosy, aby, bez względu na konsekwencje, rozpisać nowe wybory parlamentarne, co miałby zakończyć męki i tarcia w teutońskim obozie rządzącym. Odwagi piewcom takiego rozwiązania dodał fakt, że populistyczna, eurosceptyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD), zdobyła raptem 10,8 proc. poparcia, i nikt już nie dyszy żądzą zemsty, na dotychczasowych włodarzach z Berlina. Tym razem nie artykułowano tez, podobnych do wygłoszonych we wrześniu 2017 r., przez deputowanego AfD do Bundestagu – Stephana Brandnera, który nazwał Merkel „starym wrakiem” i zapowiedział wysłanie jej do więzienia. Tym razem do wyraźnego głosu doszedł Sojusz 90/Zieloni, zajmując pozycję zaraz za chadekami. Zieloni, współkierowani także przez kobietę – Annalenę Baerbock – uważani są za umiarkowanych więc, być może dlatego, zaodrzańska prasa nie ogłosiła totalnej katastrofy i wciąż twierdzi, że na razie nie ma konieczności stosowania żadnych radykalnych rozwiązań.

Radykalnych rozwiązań każdy się boi, a najbardziej ci, którzy obecnie piastują ciepłe, publiczne posadki. Jeśli przyjrzeć się uważnie szpaltom niemieckich tytułów prasowych, to bez trudu można dostrzec, iż o wiele mniej miejsca, poświęcają one sytuacji w Polsce. Merkel nie ma już ani czasu ani ochoty, by pertraktować z nadwiślańskimi dysydentami, rozpaczliwie próbującymi utrzymać się na powierzchni politycznego bytu. Jakby nieszczęść było mało, głos dała Grecja, podnosząc sprawę odszkodowań za II Wojnę Światową, co niewątpliwe zaabsorbuje administrację nad Sprewą. Sądzę, że nasze MSZ powinno się akcji uważnie przyglądać i wyciągać z niej wnioski. Jedno jest pewne – naszych zachodnich sąsiadów i samą kanclerz, czekają teraz wielkie tarapaty.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 12 czerwca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja