Czy zastanawiali się Państwo kiedykolwiek, ile odmian leni istnieje na świecie? Spieszę z odpowiedzią, że nigdy nie zaprzątałem sobie głowy niniejszym problemem. Moja mama potrafiła jednym tchem wymienić kilka form owego bytu. Gdy czegoś nie zrobiłem, co zdarzało się nagminnie, byłem natychmiast stygmatyzowany takimi frazami, jak: „leń patentowany” czy „leń śmierdzący”. Mamusia często twierdziła, iż kiedyś zginę marnie śmiercią głodową, bo jestem tak leniwy, że nie chce mi się nawet zrobić jeść dla samego siebie! Cóż, powiedzenie o „przyzwyczajeniu jako drugiej naturze człowieka” jest wciąż aktualne, więc do dziś cechuje mnie wrodzona niechęć do jakiegokolwiek wysiłku.

Jakiegokolwiek wysiłku nie znoszę tak straszliwie, iż nawet nie chce mi się już pisać. Niestety muszę wykonywać ową tragicznie męczącą czynność, aby mieć za co uiścić rachunki i kupić pokarm. Tutaj zdradzę Państwu moją najgłębiej skrywaną tajemnicę – udało mi się pogodzić ogień z wodą i jestem w stanie napisać tekst tak, żeby się przy tej robocie nie spocić, ale też by przy niej nie zasnąć. Swego czasu wpadłem na genialny pomysł i postanowiłem pisać o wojsku. Ma to same dobre strony – spędziłem w jego szeregach ponad 20 długich lat, także nie muszę się specjalnie przygotowywać do klecenia akapitów o armii. Co prawda z czasem tematyka staje się nudna, ale co mi tam – Redaktor Naczelny, typ wysoce wymuskany, pojęcia nie ma o tym co czyta, a jego gderania nie robią na mnie już żadnego wrażenia. Zapraszam czytelników do lektury kolejnego „wojskowego” artykułu, któremu nadałem niesamowicie wysublimowany tytuł – „Tekst MONotematyczny”.

„Tekst MONotematyczny” faktycznie poruszy tylko jeden temat – los żołnierzy poszkodowanych podczas służby na misjach poza granicami kraju. Nie będzie to rzewna i wzruszająca opowieść, bo jestem święcie przekonany, że żaden z tych ludzi by sobie tego zwyczajnie nie życzył. Nie będzie też nazwisk ani precyzyjnych opisów wielu wydarzeń, ponieważ nie jestem niczyim biografem ani kronikarzem. Będzie o tym, co działo się w mrocznym wnętrzu Kołowego Transportera Opancerzonego (KTO) „Rosomak” na afgańskiej Autostradzie nr 1, łączącej Kabul z Kandaharem. Będzie o tym, jak w lipcu 2009 r. starannie poprawiałem przyciemniane okulary, aby nie było widać w moich ślepiach zwierzęcego strachu, towarzyszącego mi zawsze podczas podróży pojazdem, nazwanym przez Talibów „zielonym diabłem”. Będzie o kpiącym uśmieszku, igrającym na ustach dzielnego plutonowego, dowódcy drużyny szturmowej z 18. batalionu desantowo-szturmowego, który zatrzaskując za mną drzwi przedziału desantowego, rzucił w moim kierunku: „Spoko, kurwa, bedzie dobrze – wszystkich nas nie zabiją!”. Po czym dodał już ciszej pod nosem: „Może…”. Tak rozpocząłem podróż z Wysuniętej Bazy Operacyjnej (FOB – ang. Forward Operating Base) Warrior do FOB Ghazni.

Do FOB Ghazni dotarłem bez przygód, spędzając na niewygodnym siedzeniu „Rośka”, jak pieszczotliwie nazywali KTO żołnierze, ponad cztery godziny. Przejechanie odcinka trasy, który można pokonać autem w 60 minut, zabrało nam kilkakrotnie więcej czasu. Kolumna zatrzymywała się co kwadrans, z jadącego na czele samochodu MRAP (ang. Mine Resistant Ambush Protected) wysiadali saperzy, i idąc równolegle do jezdni, szukali kabli, mogących łączyć ładunek wybuchowy, umieszczony pod powierzchnią drogi, z urządzeniem inicjującym. Przewód, będąc podłączony do prądu i mając wewnątrz elementy metalowe, wytwarzał pole magnetyczne, powodujące piszczenie w słuchawkach, osadzonych na uszach sapera, starannie przeczesującego teren wykrywaczem min. Podczas takich postojów dowódca wozu otwierał tylne drzwi, patrzył na ciżbę ludzką ściśniętą wewnątrz, rżał rozkosznie za każdym razem i rzucał mimochodem: „Nie bójta sie, kurwa, może jako to bedzie!”. Następnie robił zwrot na pięcie, przypalał papierosa i zaciągając się z lubością, spoglądał uważnie w kierunku nieodległych gór. Gdy skończono sprawdzanie terenu, plutonowy podchodził do pancernych wrót, kolejno je zamykał i mówił: „Dobra, tera jadziemy dali”. Raz, niespodziewanie, gdzieś z czeluści dobiegł głos jakiegoś przerażonego majora: „Panie Plutonowy, czy ja mogę wyjść i się wysikać?”. Podoficer returnował krótkim: „Nie!” i uważał sprawę za zakończoną. Major był chyba jednak na krawędzi, gdyż rzucił rozpaczliwe zapytanie: „No to co ja mam zrobić, w takim razie?!”. Odpowiedź jaką uzyskał była majstersztykiem erystyki: „Panie, nalej Pan somsiadewi do kieszyni i nie zawracej mi Pan wincy dupy! Ja tu musze ludzi bezpiecznie dowieźć!”. Salwa śmiechu rozładowała napięcie do tego stopnia, że na krótki czas, klimat wewnątrz wozu przeistoczył się z atmosfery grobowca rodzinnego, do nastroju pełnowymiarowej mogiły solowej. Dla zdecydowanego ucięcia wszelkich plotek i domysłów dodam, iż pan major dowiózł wszystkie płyny ustrojowe na miejsce, i zgodnie z obowiązującymi zasadami, skorzystał z polowej toalety. Wszyscy mieliśmy duży fart.

Duży fart opuścił kilkunastu naszych żołnierzy, którzy odnieśli ciężkie rany, w wyniku wybuchów min pułapek, zwanych potocznie „ajdikami”. Nazwa pochodzi od spolszczenia angielskiego skrótu IED (Improvised Explosive Device), oznaczającego improwizowany ładunek wybuchowy. „Ajdiki” wykonywano ze starych pocisków artyleryjskich, bomb lotniczych, sztucznych nawozów rolniczych lub innych, dostępnych, niebezpiecznych związków chemicznych. Widziałem kilkukrotnie skutki działania takiego urządzenia i mogę sobie jedynie wyobrazić, co działo się wewnątrz wozu, który na nie wjechał – koziołkujące ciała, szalejący pożar, fruwające strzępy porwanego umundurowania, umazanego krwią wyposażenia, przemieszana treść ludzkich jelit, skompilowana z okrzykami bólu i przerażenia. Później, wezwane na miejsce helikoptery ewakuacji medycznej, zabierały rannych do szpitala polowego, po czym transportowano ich do Polski. Tam, po leczeniu mniej lub bardziej skutecznym, próbowali wracać do normalnego życia. Różnie im to wychodziło, gdyż często obrażeniom cielesnym towarzyszyły, o wiele trudniejsze do zagojenia, rany duszy. Straszny jest fakt, iż zostali oni porzuceni przez cały resort obrony, i to w majestacie tragicznie źle skonstruowanego prawa. Nie piszę tutaj o ich macierzystych jednostkach wojskowych, gdyż te mają bardzo ograniczone pole manewru, ale o samym Ministerstwie Obrony Narodowej. Winni takiemu stanowi rzeczy są wszyscy kolejni szefowie resortu – począwszy od Bogdana Klicha, przez Tomasza Siemoniaka, Antoniego Macierewicza, a na Mariuszu Błaszczaku skończywszy, choć ten ostatni, zorientowawszy się w meandrach idiotyzmów legalistycznych, podjął natychmiastowe działania naprawcze. Na szczęście zadziałały media, czyli czwarta władza.

Czwarta władza, reprezentowana przez Panią Edytę Żemłę i Pana Marcina Wyrwała, poruszyła skałę i coś drgnęło. Po serii publikacji owego duetu o żołnierzach poszkodowanych i klangorze jaki powstał w przestrzeni medialnej, z MON-u wyszedł bardzo pozytywny komunikat, wieszczący gotowość do zawierania ugód prawnych, z tymi dzielnymi ludźmi. I to niestety wszystko, co dobrego mogę napisać o Pani Edycie i Panu Marcinie. Oceniam, że bezsensownymi i nieodpowiedzialnymi wypowiedziami atakującymi resort, Żemła pogrzebała wszystkie swoje wcześniejsze zasługi. Osobiście odniosłem wrażenie, że według dziennikarki Żemły, to obecny włodarz z ulicy Klonowej w Warszawie, jest jednoosobowo winny takiemu stanowi rzeczy. Nic bardziej mylnego! Żołnierze walczą o godne życie przynajmniej od 2013 r., co sama autorka przyznała w jednym z tekstów. Być może, pisząc artykuł, Pani Edyta nie wzięła dziennej dawki Bilobilu, gdyż nie znalazłem nigdzie wzmianki o tym, że ministrem był wówczas Siemoniak Tomasz i człek ten, nie zrobił dla poszkodowanych niczego spektakularnego. Gdybym był indywiduum knującym i podstępnym, to pomyślałbym, że Edyta Żemła mogła pracować wtedy w jakiejkolwiek instytucji związanej z resortem i nawał obowiązków, nie pozwolił jej nękać ministra w sprawie rannych z taką zajadłością, z jaką robi to obecnie. Ponieważ jestem stworzeniem prostolinijnym to sądzę, iż zwyczajnie zagadnienie jej wtedy umknęło, a dziś próbuje zwyczajnie nadrobić zaległości. Cóż, przypomniał mi się tutaj stary dowcip: „Lepiej późno niż wcale” – rzekł mężczyzna spóźniając się na pociąg. Szkoda, że w tej sprawie są wszyscy spóźnieni.

Wszyscy spóźnieni powinni uderzyć się mocno w pierś. Wina leży po każdej stronie sporu politycznego i należy szybko próbować naprawić popełnione błędy. Pierwszy, bardzo ważny krok zrobił już minister Mariusz Błaszczak, pochylając się nad sprawą kilka dni temu. Tuszę, że ugody zawarte z weteranami poszkodowanymi pozwolą tym ludziom przywrócić należną im godność i będą oni mogli spełniać ponownie właściwą, pożyteczną rolę społeczną. My wszyscy jesteśmy im to zwyczajnie winni. Mam nadzieję, że Czytelnicy zainteresują się bliżej zagadnieniem i choć przez chwilę zadumają się nad losem, być może sąsiada z klatki obok. Ja mogę jedynie Państwu podziękować, że przeczytaliście mój „tekst MONotematyczny”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 08 kwietnia 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja