Starcie mentalności

Previous Image

Bać się w życiu – tak naprawdę – zacząłem 31 marca 2004 r. Wykonywałem wówczas zadania w Polskim Kontyngencie Wojskowym w Iraku, a dokładniej rzecz ujmując – dowodziłem pododdziałem w karbalskim Camp Juliet. Pamiętam tamten dzień jak dziś, gdyż od świtu byłem w wyśmienitym nastroju i nic nie zapowiadało nadciągających wstrząsających wydarzeń. Wstałem rano wypoczęty, ponieważ – jakimś cudem – udało mi się przespać całą noc snem sprawiedliwego, wyżłopałem dwa kubki obrzydliwej amerykańskiej lury, tylko dla zmylenia chińskiego lub rosyjskiego wywiadu zwanej szumnie kawą, zjadłem obfite śniadanie, a następnie, sprytnymi manewrami taktycznymi, uniknąłem spotkania z największym ciemiężcą ludu pracującego – moim dowódcą batalionu. Z roześmianą gębą polazłem do kwater żołnierzy, którzy, zgodnie z przewidywaniami, leżeli w śpiworach i głośno chrapali. Od zawsze wyznawałem zasadę, aby być mądrym mądrością swoich podwładnych, więc, nie oglądając się na nic, poszedłem w ich ślady. Kilkugodzinne spotkanie z arabskim Morfeuszem zapewne dobrze wpłynęło na moją cerę oraz poprawiło przemianę materii, gdyż znów byłem głodny, jak ten wilk od Czerwonego Kapturka. Odziałem się w przepisowy uniform i dziarskim krokiem ruszyłem w kierunku stołówki. Tym razem jednak piąty grzech główny stał się przyczyną moich kłopotów. Gdy szedłem przez jadłodajnię z tacą pełną frykasów i rozglądając się za wolnym miejscem przy stoliku, wzrok mój napotkał rozanieloną facjatę pryncypała, który szerokim gestem ręki zaprosił mnie do współbiesiadowania. Jeśli mam być szczery, to wolałbym konsumować w towarzystwie wygłodniałych lwów z rzymskiej areny, tygrysów bengalskich czy szablozębnych, ale wrodzony takt i kultura nie pozwoliły mi podzielić się owymi odczuciami z przełożonym.

Przełożony, chłopisko poczciwe, uczciwe, szczere, bardzo surowe i wymagające, zapytał o samopoczucie i morale. Odpowiedziałem, że wszystko jest w najlepszym porządku oraz dodałem od siebie, iż służba pod jego rozkazami jest najlepszą rzeczą jaka mogła mnie w życiu spotkać. Podpułkownik obrzucił przeciągłym spojrzeniem me lico i po chwili zastanowienia rzucił krótkie: „Ty coś dzisiaj piłeś czy zacząłeś ćpać na stare lata?”. Zapewniłem go solennie, że narkotyków nie tknąłem w życiu, a napić się zawsze mogę, więc jeśli ma gdzieś kielicha, to ja chętnie się przyłączę do bomblerki. Dowódca powiedział, że po powrocie do Polski to chyba skieruje mnie na specjalistyczne badania psychiatryczne albo sam się na takowe uda, podziękował za posiłek i szybko umknął, dwukrotnie przystając, odwracając głowę w moim kierunku i patrząc mi w twarz nieobecnym wzrokiem. Znając go doskonale wiedziałem, że za kilkanaście minut zwalą się na mnie wszystkie plagi egipskie połączone z trzęsieniem ziemi. Dokończyłem pysznego kurczaka, poprawiłem solidnym kawałkiem ciasta i udałem się chyżo do mojej piwnicznej nory, aby, w oczekiwaniu na najgorsze, wyciągnąć grzeszne cielsko na wygodnym łóżku..

Najgorsze nie nadchodziło. Po upływie kilku spokojnych kwadransów pomyślałem, że powinienem się jednak znów przespać, ale wtedy otworzyły się drzwi izby, stanął w nich szef sztabu batalionu i rzucił zmartwiony: „Chodź na odprawę, bo się jakiś kocioł zrobił w Al-Falludży”. Wiedziałem już, że coś faktycznie złego musiało się wydarzyć i pomknąłem do kontenera sztabowego, gdzie obok dowódcy, zastępcy oraz szefa sekcji operacyjnej (S-3) siedział cywilny gubernator prowincji Karbala, Amerykanin o nazwisku Terry (lub Berry, dziś już, niestety, dokładnie nie pamiętam). Wszyscy mieli grobowe miny i byli bardzo smutni. Dowódca rozkazał abym towarzyszył gubernatorowi z częścią pododdziału w drodze do City Hall, czyli miejskiego ratusza. Dodał, że mam wesprzeć kontraktorów z firmy Blackwater, stanowiących etatową ochronę oficjela. Terry, przesympatyczny, pogodny dyplomata o znacznej tuszy, zwrócił się do mnie z szacunkiem, akcentując mocno słowo „sir” i poprosił, bym z nim poszedł do dowodzącego konwojem. Uczyniłem to i kilka minut później ustalałem szczegóły działania z długowłosym i brodatym najemnikiem, byłym oficerem Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych (USMC, ang. United States Marine Corps). Kolumna pojazdów została uformowana bardzo szybko. Mężczyźni z Blackwater tworzyli amerykańsko-salwadorsko-meksykański tygiel narodowościowy i byli zawodowcami. Wszyscy mieli za sobą wieloletnią służbę w pododdziałach spadochronowych lub specjalnych, byli obyci z bronią i nie okazywali najmniejszego lęku. Ruszyłem za grupą cywilnych półciężarówek, zastanawiając się, skąd to nagłe wzmożenie i podjęte środki ostrożności, ale nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy. Dotarliśmy na miejsce bez zakłóceń, moi żołnierze rozmieścili Honkery w bezpiecznych miejscach, a ja udałem się do budynku administracyjnego, aby zebrać jakieś informacje.

Informacji udzielił mi sam Terry. Powiedział, że w Al-Falludży dokonano ataku na amerykański konwój logistyczny, zabito kilku ludzi z Blackwater, a ich zbezczeszczone ciała wystawiono na widok publiczny. Następnie pokazał mi na ekranie komputera fotografie tłumu tańczącego wokół wiszących na moście, zwęglonych zwłok i dodał, że nadchodzi trudny czas dla Iraku i dla nas też. Spojrzałem w jego mądre, smutne oczy i już wiedziałem, że jest bardzo źle. Było mi trudno uwierzyć, że w czasie, kiedy ja żartowałem sobie przy posiłku z przełożonym, kilkaset kilometrów dalej, rozwścieczony ludzka ćma paliła doczesne szczątki pokonanego przeciwnika. Zacząłem się zwyczajnie bać, gdyż uświadomiłem sobie, że pardonu nie będzie. Pojąłem, że trafiliśmy wszyscy do innego kręgu kulturowego, w którym życie nie ma najmniejszego znaczenia. Poszedłem do moich żołnierzy i o wszystkim im opowiedziałem. Mogłem i powinienem to przed nimi ukryć, ale jednocześnie czułem, że muszą o sprawie wiedzieć. Jako ich dowódca byłem zobowiązany uświadomić wszystkim, co może ich spotkać w wyniku walki. W naszej, europejskiej i chrześcijańskiej kulturze takie zachowania się nie mieszczą, ale my wtedy uczestniczyliśmy w dwóch starciach – starciu zbrojnym i starciu mentalności.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 14 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja