Sobotni wieczór, 29 maja 2004 roku, zapowiadał się w Karbali spokojnie. Byłem już po rutynowej odprawie z Camp Commanderem, czyli szefem ochrony bazy, który postawił mi precyzyjne zadania na czas dwunastogodzinnej służby, pełnionej w charakterze dowódcy pododdziału szybkiego reagowania (QRF – ang. quick reaction force , spolszczona, skrótowa nazwa „kłik”). Siedziałem na ławce przed kontenerem sztabowym i ucinałem sobie pogawędkę z kapelanem 1. Brygadowej Grupy Bojowej (1 BCT – ang. 1st Brigade Combat Team), ówczesnym kapitanem, księdzem Mariuszem Tołwińskim. Jeśli kiedykolwiek będzie istniał międzynarodowy wzorzec kapelana wojskowego, to w podparyskim Sèvres powinno się umieścić woskowy odlew tego waśnie duchownego. Księdza znali i lubili wszyscy – od dowodzącego generała począwszy, a na ostatnim szeregowcu skończywszy. Zawsze doradził, pocieszył i wsparł, zaś stugębna plotka głosiła, że pożyczał ukradkiem pieniądze osobnikom w tarapatach finansowych i nigdy nie domagał się zwrotu. Za największą zaletę „Padre” – jak się do niego zwracałem – uznawałem jego upór w dążeniu do celu i podejmowanie nieustających prób nawrócenia takiego grzesznika, jak ja. Był to taki prawdziwy przyjaciel w sutannie.

Przyjaciel w sutannie wiedział, że grzesznikiem wielkim nie byłem, ale moje związki z wiarą i Kościołem należało określić mianem bardzo luźnych. Mariusz prowadził nade mną nieustanne działania zmiękczające. Robił to w sposób bardzo dowcipny, zręczny i z niesamowitym taktem. Przy każdym naszym spotkaniu pytał mnie o zdrowie, przypływ rozumu i, wskazując palcem ku niebu, zagajał o mój dialog z „jego szefem”. Tak było i w ową sobotę, ale później rozmowa zeszła na tematy całkowicie inne. W ciągu kilku chwil zrobiło się ciemno, a my wciąż rozmawialiśmy. Nagle rozległa się seria eksplozji i z pomieszczeń sztabu zaczęli wybiegać ludzie, aby schronić się w betonowych bunkrach. Ja zerwałem się z ławki i pobiegłem w stronę zapasowej bramy wyjazdowej z Camp Juliet. Gdy dotarłem na miejsce zastałem tam już mój pododdział załadowany na pojazdy, kierowcy grzali silniki, a celowniczowie karabinów maszynowych zajęli miejsca na obrotowych siedziskach mając broń gotową do użycia. Z głośnika radiostacji dobiegł mnie spokojny głos oficera działającego w Taktycznym Centrum Operacyjnym (TOC – ang. Tactical Operations Center, spolszczona wymowa „tok”), rozkazujący: „Szakal 3 – ZAJĄĆ!”. Wtedy ja krzyknąłem w stronę kolumny: „Jedynka – ZIELONY! Pozostali – CZARNY!”. Następnie wsiadłem do pierwszego Honkera i ruszyliśmy wykonać postawione zadanie.

Zadanie było proste – zająć rubież zwaną „Szakalem nr 3”, czyli silnie rozbudowany inżynieryjnie rejon w odległości kilkuset metrów od bazy. Było to miejsce wspaniałe i bezpieczne. Przemyślnie rozstawione betonowe zapory i wysoko usypane wały z piachu czyniły je wyśmienitym do obrony. Z „Szakala 3” miało się kapitalny wgląd na sześciopasmową drogę wiodącą do bazy, a prowadząc z niego ogień można było zatrzymać każdy wehikuł z suicydentem wewnątrz. Teraz winien jestem Państwu wyjaśnienie, co się wydarzyło oraz co oznaczały poszczególne komendy. Te kilka wybuchów, które przerwały mój dialog z „Padre”, przełożeni uznali jako działania pozorne przeciwnika, mające odwrócić uwagę wszystkich od faktycznego kierunku ataku. Camp Commander przypuszczał, że w obóz może wjechać pojazd wypełniony materiałami wybuchowymi, z zespołem samobójców w środku. Jedyna droga dogodna dla takiego zamachu wiodła koło wspomnianego miejsca, dlatego padł rozkaz, aby je zająć i stamtąd się bronić. Wiedzieliśmy, że w kabinie ciężarówki mającej eksplodować w wybranym punkcie, znajdzie się najprawdopodobniej dwóch zamachowców. Jeden, przykuty kajdankami do kierownicy będzie starał się wprowadzić bombę na kołach w cel, a drugi skulony w nogach kierowcy, musi wciskać pedał gazu aż do podłogi, by wjechać z maksymalną prędkością w obiekt. Kajdanki miały uniemożliwić kierowcy wyskoczenie z samochodu, gdyby się rozmyślił tuż przed eksplozją. Chłodnicę i silnik auta osłaniano stalowymi płytami, aby strzelający doń obrońcy nie poczynili większych szkód, dlatego wydałem komendy krzycząc „zielony i czarny”. Amunicja do 7,62 mm karabinów maszynowych PK (km PK – ros. pulemiot Kałasznikowa) z zielonym czubkiem to amunicja smugowa, zaś z czarnym – przeciwpancerno – zapalająca. Pierwszy km miał wskazywać cel strzelając do niego w nocy pociskami smugowymi, a pozostałe miały przebić stalowe blachy i wywołać pożar silnika. Tak przygotowani czekaliśmy na atak.

Atak nie nadszedł do świtu. Znów zatrzeszczało radio i usłyszałem głos szefa ochrony: „Jedź pod mały meczet i zobacz co tam walnęło. Jak dasz radę to pogadaj z miejscowymi. Działaj i powodzenia”. Pojechałem koło świątyni umiejscowionej tuż przy bazie. Na asfalcie widać było miejsca eksplozji, a pobliski mur był cały posiekany odłamkami. Wtedy usłyszałem głos jednego z moich żołnierzy: „Dowódco, z >mośka< osiem dwójki do nas walili. Tutaj jeszcze granat leży”. Faktycznie – w miękki kawałek gruntu wbił się granat moździerzowy, którego lotki wystawały nieco z piasku. Nakazałem wezwać saperów, aby podjęli niewybuch. Obawiałem się, że jakiś lokalny dzieciak zacznie przy nim grzebać, żelastwo eksploduje w małych rączkach i nieszczęście gotowe. Gdy zabezpieczałem miejsce śmiercionośnego znaleziska zachodziłem w głowę, jak ze starego radzieckiego moździerza wzór 1937, strzelający byli w stanie prawie trafić w maleńką bazę i to jeszcze w nocy? Wtedy przypominałem sobie, że jeden z moich podoficerów służył jako celowniczy moździerza, więc postanowiłem zasięgnąć jego porady. „Reczo”, bo taką ksywkę nosił artylerzysta, był człowiekiem niesamowicie spokojnym, oczytanym, statecznym i ułożonym. Zawsze trzymał się na uboczu i nigdy nie odzywał bez potrzeby. Gdy zapytałem go o zdanie wzruszył tylko ramionami i powiedział: „To bardzo proste. Oni nie widzieli naszej bazy, gdyż ta jest zaciemniona. Wystarczy, że widzieli czubek minaretu, na którym świeci w nocy kilka silnych lamp i wzięli poprawkę w lewo. Na szczęście nie trafili, ale przy kolejnej próbie spadnie w cel. Trzeba wygasić minaret, bo on jest jak drogowskaz”. Po jego słowach nawet ja doznałem olśnienia i wiedziałem co należy zrobić.

Co należy zrobić wiedział godzinę później także mój dowódca batalionu. Chłop miał straszny problem, ponieważ nakazanie wygaszenia świateł muezzinowi było niesamowicie skomplikowane. Przepisy surowo zabraniały ingerowania w obrządki religijne miejscowej ludności czy wejścia do obiektów sakralnych. W końcu nieśmiało zaproponowałem: „Panie Pułkowniku, może Mariusz Tołwiński z gościem pogada, jak klecha z klechą, co? W końcu obydwaj mają szefów, gdzieś w niebiosach”. Pryncypał aż się zaśmiał i odrzekł: „Tak jest! Wołaj mi tutaj tego >kanonika<”. Pobiegłem do kaplicy, gdzie właśnie skończyła się msza. Była niedziela, Zielone Świątki, toteż nastrój był podniosły. „Padre” spojrzał na mnie, jak na zjawę i zapytał: „Chcesz się wyspowiadać?”. Ja odparłem: „Nie, Księżulu, chcę Cię zabrać na pogawędkę z koleżką po fachu”. Kilka minut później jechaliśmy wolno do meczetu. Kapelan przesuwał w palcach paciorki różańca szepcząc modlitwę. Hełm miał zsunięty niedbale na tył głowy, a niestarannie nałożona kamizelka przeciwodłamkowa wisiała smętnie na jego korpusie. Gdy stanęliśmy na miejscu Mariusz wysiadł, zdjął całe oporządzenie i jedynie w koszulce z krótki rękawem zakołatał do furty muzułmańskiej świątyni.

Furta muzułmańskiej świątyni powoli się otworzyła i w jej progu stanął stary muezzin. Katolicki duchowny położył prawą dłoń na sercu i zagaił: „Salam alejkum”. Mahometanin coś zamamrotał pod nosem i mężczyźni zaczęli rozmawiać, żywo gestykulując. Dialogu nie słyszałem, ale czułem, że wszystko zmierza ku dobremu. Po kilku chwilach panowie uścisnęli sobie ręce i ksiądz wrócił do Honkera. Zapytałem ciekawie: „Ej, Padre, i co dograłeś?”. Odpowiedź była prosta: „Co Bóg dał. Wieczorem się przekonamy”. Czekaliśmy zapadnięcia zmroku w wielkim napięciu. Wspiąłem się na jedną z wież obserwacyjnych i patrzyłem na minaret. Gdy zapadły ciemności wieża nie rozbłysła zwykłym światłem. Już wiedziałem, że jest bezpiecznie i rozmowa duchownych przyniosła owoce. Z księdzem Mariuszem Tołwińskim służyłem jeszcze później dwukrotnie w Afganistanie, ale to już temat na osobną opowieść. Zawsze ciepło o nim myślę, jako o moim wielkim przyjacielu w sutannie.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 28 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja