W liderujących Europie Niemczech, kraju podobno demokratycznym, mordowani są ludzie, a zbrodnie mają podłoże polityczne. Powyższe zdanie napisałem z pełną świadomością i celowo, chcąc pokazać Czytelnikom, że nasz zachodni sąsiad, utracił jakikolwiek mandat, do pouczania któregokolwiek innego państwa na Starym Kontynencie. W dniu 2 czerwca br., wypoczywający na tarasie własnego domu polityk Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), Walter Luebcke, został zgładzony przez Stephana Ernsta. Morderca oddał strzał w głowę ofiary z bliskiej odległości, po czym zniknął. Luebckego znaleziono w nocy i przewieziono do szpitala, w którym dokonał żywota. Dwa tygodnie później ujęto czterdziestopięcioletniego Ernsta, osadzono w areszcie, gdzie przyznał się do winy. Jak zwykle w takich przypadkach, głos zabrała cała teutońska żurnalistyczna brać, na wyścigi opisując okropieństwa, jakie w ojczyźnie Goethego, wyczyniają „prawicowi ekstremiści”.

„Prawicowi ekstremiści” muszą stanowić nad Sprewą siłę potężną, zorganizowaną i niebezpieczną. Przynajmniej takie wrażanie odniosłem, studiując zaodrzańskie tytuły prasowe, odmalowujące ową straszną zbrodnię. Niemieccy dziennikarze ujawnili, że zabójca był osobnikiem już wcześniej karanym za atak na dom azylantów w Hesji, szeroko przedstawili jego związki z neofaszystowską, Narodowodemokratyczną Partią Niemiec (NPD) oraz wykryli, że bandzior – równo dekadę temu – napadł na związkowców, wiecujących w Dortmundzie. Przy tej okazji, zaczęto szeroko pisać o innych, podobnych wypadkach agresji na polityków, dzięki czemu można pojąć, iż ogólny obraz szwabskiego życia publicznego jest wręcz przerażający.

Przerażający był przypadek Andreasa Hollsteina, także chadeka spod sztandarów CDU, ugodzonego kilkukrotnie nożem w klatkę piersiową przez zwyrodnialca, wykrzykującego antyimigranckie hasła. Hollstein przeżył, ale do dziś boryka się z potężną traumą po zajściu i wciąż nie może odnaleźć wewnętrznego spokoju. Kilka lat temu, w sposób bardzo podobny, została zaatakowana Henriette Reker, obecna burmistrz Kolonii, prominent znana głównie, z prężnie prowadzonej działalności na rzecz wsparcia polityki „otwartych drzwi”, zapoczątkowanej przez Angelę Merkel. Niedoszły zabójca Reker zeznał w śledztwie, iż jego celem była sama Frau Bundeskanzlerin, jednak dotarcie do niej było niemożliwe – ze względu na ochronę pani kanclerz – toteż wybrał sobie włodarza miasta, jako cel zastępczy. Na szczęście kobieta uszła z życiem i do dziś zarządza metropolią. Opisane powyżej przypadki otrzymały drugie życie po zastrzeleniu Luebckego, a proimigrancka działalność ofiar jest ich swoistym, „wspólnym mianownikiem”.

„Wspólny mianownik” obnaża dwie rzeczy – agresywne nastawianie Niemców do przybyszów z Azji i Afryki oraz do wspierających ich dostojników, a także hipokryzję tytułów prasowych, które zaczęły nagłaśniać te straszliwe akcje, dopiero po złożeniu ofiary życia. Od dłuższego czasu krąży w przestrzeni medialnej teza o kagańcu, jaki rząd federalny założył szwabskim mediom, zajmującym się obszarem zderzenia tradycyjnej kultury niemieckiej z tą nowoprzybyłą – najczęściej mahometańską i śniadolicą. Sztandarowym przykładem takich działań było solidarne milczenie massmediów, próbujących ukryć molestowanie kobiet przez przybyszów na dworcu w Kolonii, podczas sylwestrowej nocy roku 2015. Cała sprawa wyszła na jaw dopiero po kilku dniach, gdy na policję zgłaszały się kolejne pokrzywdzone, w tym turystki z Dalekiego Wschodu. Już wówczas zaczęto nieśmiało szeptać o błędzie Merkel, sprowadzającej masowo mężczyzn-islamistów, którzy mieli utrzymywać starzejące się społeczeństwo. Landowi władycy, tacy jak choćby Walter Luebcke, próbowali przekonywać swoich sąsiadów do słuszności idei, forsowanej przez rząd federalny, ale napotykali mur milczącej dezaprobaty lub wręcz ostrą, otwartą, słowną negację proponowanych założeń. Tego jednak, przeciętny Peter z Helgą nie mogli dowiedzieć się z żadnej państwowej, ani prywatnej anteny, a problem pęczniał.

Problem pęczniał i finalnie znalazł okrutne ujście. Każdy polityk może i musi być krytykowany, ale nie istnieje żadne wytłumaczenia dla aktów przemocy. Po wypłynięciu owego problemu na powierzchnię, resorty spraw zagranicznych państw ościennych, szczególnie byłych krajów demokracji ludowej, mają pełne prawo odrzucić admonicję, tak szczodrze serwowaną im przez Berlin. Nie może już być więcej mowy o pouczaniu, narzucaniu swojej woli czy patrzeniu z wyższością, choćby na Polskę. Przy najmniejszej próbie podobnych działań, należy natychmiast odparowywać ciosy argumentem, że mentorem nie może być ten, kto sam ma u siebie wielki bałagan. Nasz kraj jest tolerancyjny, otwarty i bezpieczny. Psychopata i zwyrodnialec, który zimą 2019 r. zamordował prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, nie działał z pobudek politycznych, a próby nadwiślańskiej opozycji, aby tragedii nadać taki właśnie wydźwięk, skończyły się żałośnie. Uwagę zwracają również intensywne próby szermowania frazą „prawicowi ekstremiści”, co wdrukowuje w głowy odbiorców, całkowicie wypaczony obraz rządów nieliberalnych. Ja osobiście wolę żyć w Krakowie niż w Kolonii i daję zielone światło moim rodzimym „prawicowym ekstremistom”.

Howgh!
Tȟašúŋke Witkó, 02 lipca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja