Jeśli uważnie przejrzeć niemiecką prasę z ostatnich kilkunastu tygodni, szczególnie tytuły liberalne, to można odnieść wrażenie, że Attyla zawarł przymierze z Czyngis-chanem, i obydwaj ci destruktorzy maszerują na czele swoich dzikich wojsk w kierunku cywilizacji – to jest w kierunku światłego Berlina i promiennego Paryża. Nie muszę chyba dodawać, iż palą, grabią i niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze. Mądra, kolorowa Europa jest zagrożona i dokonuje nadludzkiego wysiłku, aby owych barbarzyńców powstrzymać. Ponieważ moi wspaniali Czytelnicy są osobami domyślnymi, więc jedynie dla formalności dodam, iż pisząc wyżej o Hunie i Mongole, miałem na myśli Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego. Co prawda, jakoś trudno mi sobie wyobrazić podtatusiałego Madziara czy borykającego się boleściami kolan Polaka, wywijających sprawnie szablą albo strzelających celnie z łuku refleksyjnego, ale jadący rano do roboty U-Bahnem statystyczny Peter z Helgą, czytają takowe dyrdymały z rozdziawioną gębą. Mają podaną opowieść o autorytarnych rządach w Polsce i na Węgrzech, podlaną sosem klechd o homofonii, rozdawnictwie publicznych pieniędzy i niechęci do obcych. Nikomu nie mieści się w głowie, że nad Wisłą ludzie żyją zwyczajnie i normalnie, ponieważ takowy, faktyczny obraz naszego państwa, jest tłamszony wszechobecnym słowem „populiści”. Stąd też tytuł niniejszego felietonu – „Normalny populizm”.

„Normalny populizm”, w którym przyszło mi obecnie żyć, jest efektem ostatniej elekcji parlamentarnej jaka odbyła się 25 października 2015 r. i wyniosła do władzy obóz Zjednoczonej Prawicy. Pomimo tego, iż od tamtych wydarzeń upłynęło grubo ponad trzy lata, to pewne siły liberalne, posadowione w Brukseli, Berlinie czy Paryżu, wciąż nie potrafią pogodzić się z zaistniałym stanem rzeczy, i na potęgę próbują zmienić panujący porządek. Sztandarowym przykładem może być działalność Fransa Timmermansa, zatwardziałego liberała, człowieka nie potrafiącego pojąć, iż na chwilę obecną, Unia Europejska wciąż jeszcze jest Europą Narodów i wszystko wskazuje na to, że długo taką pozostanie. Pan Frans wizytował Warszawę kilkukrotnie, przyjmował do wiadomości tłumaczenia naszych prawników, o konieczności poprawy bardzo złej sytuacji w sądownictwie, potakiwał, twierdził, iż wszystko rozumie, po czym wracał do siebie i znów, w sposób mantryczny, powtarzał banialuki o łamaniu praworządności w Polsce. Nie były w stanie zadowolić go żadne ustępstwa czy kompromisy, na jakie poszli nadwiślańscy włodarze. Powiem więcej – robienie kroku w tył oraz wyciąganie ręki do pojednania, były przez Holendra odczytywane jako oznaki słabości i prowokowały go do zwiększenia nacisków. Próbę naprawy trzeciej władzy uznaję osobiście za obszar, w którym jest wiele do zrobienia, i będzie o czym myśleć podczas ewentualnej, kolejnej kadencji, ale do tego potrzebne jest wygranie kolejnych wyborów.

Wygranie kolejnych wyborów, wpierw tych do Parlamentu Europejskiego, potrzebne jest ugrupowaniom lewicowym, panującym w większości krajów Wspólnoty, także w hegemonicznych Niemczech. Najprawdopodobniej obecnie przeprowadzane sondaże nie dają im miażdżącej przewagi, więc od miesięcy trwa kanonada medialna, mająca na celu zdeprecjonowanie rządów frakcji, umownie już tylko zwanych prawicowymi – ot choćby Prawa i Sprawiedliwości. Co interesujące; pomimo tego, że niektóre germańskie teksty i oceny, takie jak choćby żurnalistki i publicystki Constanze Stelzenmüller, wskazują jednoznacznie, iż trzy dekady niemieckiego dobrobytu dobiegają końca, to trudno było mi znaleźć wśród wykwitów wojowników pióra, preskrypcję zmiany struktury gospodarki na taką, która przyniesie wymierne efekty finansowe. Posunę się dalej w owym założeniu – niewielu nad Sprewą chce pisać i mówić o ekonomii, za to wielu upatruje źródeł zbliżającej się recesji w budapesztańskich i warszawskich „prawicowych populistach”. Łatwiej przecież poszukać winnego poza własnym podwórkiem, niż publicznie przyznać się do osobistego nieudacznictwa. Niedługo, bo 26 maja 2019 r., w dniu elekcji do strasburskiego i brukselskiego Klondike, przekonamy się, na ile skuteczna jest taka inżynieria umysłów.

Inżynieria umysłów prowadzona jest także u nas i przybrała nazwę „Piątki Morawieckiego” lub „Piątki Kaczyńskiego”. Oceny i określenia zbiera bardzo różne – od „wsparcia demografii i emerytów” po „rozdawnictwo naszych pieniędzy nierobom i pijakom”. Ową ostatnią notę wyartykułowała pisarka, Maria Nurowska, i gdzieś w przestrzeni medialnej, fraza ta stała się symbolem sposobu postrzegania zwykłego Kowalskiego przez „liberalny salon”, ponoć miejsce przynależności społecznej literatki. Już wkrótce, za kilkadziesiąt dni, przy urnach na całym Starym Kontynencie, dojdzie do starcia dwóch nurtów – lewicowo-liberalnego i prawicowo-konserwatywnego. Jestem bardzo ciekaw wyniku lecz nawet nie przymierzam się do wydania jakiejkolwiek prognozy końcowej. Po nerwowych ruchach elit i powstałym medialnym klangorze wnoszę, że coś idzie nie po ich myśli i być może do głosu dojdzie „normalny populizm”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 15 kwietnia 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja