„Nieposłuszeństwo obywatelskie”

Previous Image

Chyba tylko moja Babcia Gienia zawracała się do niego po imieniu. Chyba tylko ona, stając na progu domu, wołała każdego popołudnia: „No, Wacek, chodź to nakładę Ci kartofli na miskę i się najesz”. Chyba tylko dla niej był młodszym bratem Wackiem, bo wszyscy inni nazywali go „Gapą”, od kruczoczarnych, niesamowicie gęstych włosów, z których na jesieni życia, kazał pęsetą usuwać srebrne nitki. Był niewysokim, normalnie zbudowanym mężczyzną, o śniadej cerze południowca i niespokojnym, wulkanicznym wnętrzu, sprowadzającym na niego najprzeróżniejsze kłopoty przez całe życie. Był synem wieloletniego żołnierza armii carskiej – Antoniego, który z kolei spędził kilkanaście lat gdzieś w Azji, a po przemianach roku 1917 wrócił stamtąd na piechotę i boso. Nie wiem gdzie mój pradziadek Antonii służył dokładnie, ale istniała rodzinna opowieść o widzianych przez niego tygrysich tropach, więc musiały to być chyba okolice Syberii. Wacław był drugim z trojga dzieci Antoniego i Marianny, i jedynym ich synem. Przyszedł na świat w 1925 r. i już jako dziecko dawał się we znaki wszystkim ze swojego otoczenia – rodzicom, młodszej siostrze Janinie, no i oczywiście sąsiadom oraz nauczycielom.

Nauczycielom w czteroklasowej, wiejskiej szkole nadokuczał się chyba najmniej, czego dowodem były wujowe cenzury, przechowywane przez moją Babcię aż do połowy pierwszej dekady XXI w. Oprócz świadectw ukończenia poszczególnych oddziałów, na których przeważały oceny dobre i bardzo dobre, leżało w okutym babcinym kufrze także jego prawo jazdy zdobyte podczas odbywania zasadniczej służby wojskowej i niezliczona ilość fotografii pięknych kobiet, każda starannie zadedykowana damską ręką na odwrocie. Babcia Gienia bardzo chętnie snuła opowieści o przyjazdach młodszego brata na przepustki, w pięknie wyszytym, zielonym mundurze, ale jak ognia unikała tematu tabunu zdjęć i każde moje pytanie natychmiast ucinało rodzinną gawędę. Dopiero później, już jako dorosły człowiek, usłyszałem „prawdę bezwzględną” o Wuju „Gapie”, i dzięki temu wiem, iż duchem był niespokojnym i niepokornym, a całe jego życie charakteryzowało nieposłuszeństwo obywatelskie.

Nieposłuszeństwo obywatelskie, już takie prawdziwe, wyeksponował Wujaszek po raz pierwszy w styczniu 1940 r., na stacji kolejowej Wykno, leżącej między Koluszkami a Tomaszowem Mazowieckim. Udał się tam razem z pięcioma braćmi swojej matki, Kaczmarkami, w celu zdobycia węgla i drewna na opał. Wszystkich Czytelników zapewniam, że w okolicach miejscowości Wykno i pobliskiego Mikołajowa nigdy nie istniała żadna kopalnia węgla kamiennego, natomiast znajdowały się tory i bocznice, gdzie czasem stawały składy z czarnym złotem, starannie chronione przez żołnierzy Wehrmachtu lub funkcjonariuszy niemieckiej policji kolejowej. Nikt nigdy nie chciał opowiedzieć mi o szczegółach ani tej pierwszej akcji ani kolejnych, jej podobnych, przeprowadzanych później już regularnie, ale z półsłówek wiem, że czasem odwracano uwagę wartowników pozorowanym pożarem w nieodległym miejscu, czasem prowadzono wymianę barterową, oferując wieprzową rąbankę za węgiel, czasem zaś zwyczajnie upijano niemieckich cerberów, a następnie okradano wagony. Wszystko szło jak po maśle więc zespół braci Kaczmarków, wspierany młodocianym siostrzeńcem, postanowił rozszerzyć działalność i ruszył na podbój wrogich magazynów wojskowych w pobliskich Regnach, który to podbój zawiódł ich aż do „Kanady”.

„Kanada”, ta przysłowiowa, będąca synonimem dostatku materialnego, spotkała naszych bohaterów już po pierwszym skoku na hitlerowskie składy. Wyniesiona bielizna i odzież zimowa, wymieniona na bimber i złoto, zapewniła wszystkim dobre życie przez dłuższy czas. I tutaj zaczęły się pierwsze kłopoty, wynikające z przyrodzonego usposobienia Kaczmarków i Wuja Wacława. Wszyscy mieli wspólną cechę – nie lubili pracować na roli, byli bardzo niesforni, nieposłuszni i czasem nerwowi. Dodatkowo, posiadane pieniądze pozwoliły im spożywać coraz większe ilości mocnych trunków, co z czasem doprowadziło do konfliktów z niemieckimi żandarmami stacjonującymi we wsi. Jedna z takich kłótni, oczywiście pijackich, skończyła się zespołowym pojedynkiem pięściarskim, zdecydowanie rozstrzygniętym na korzyść moich przodków. Sukces standardowo uczczono kolejną flaszką samogonu, podczas spożywania której urodziła się idea następnego wypadu na magazyny. Tym razem jednak wartownicy wszczęli alarm, plądrujący salwowali się ucieczką, a zajadły pościg dopadł ich w miejscowości Węgrzynowice, gdzie zostali otoczeni. Dwóch z Kaczmarków zastrzelono a trzech ujęto żywcem. Gdzie był wtedy „Gapa” nie mam pojęcia. Być może uciekł a być może starsi bracia matki wygonili nieopierzonego smarkacza do domu? Dziś już nikt nie odpowie mi na to pytanie, ale ta przygoda skończyła się dla ocalałych w sąsiedztwie innej „Kanady” – tej oświęcimskiej. Obóz przeżył tylko jeden z braci – Antonii, który uciekł z niego chyba w październiku 1944 r., zaś do domu powrócił dopiero po zajęciu rodzinnej wsi przez Armię Czerwoną.

Armia Czerwona również odczuła istnienie „Gapy” na własnej skórze i to w sposób dosłowny. Odczucie owo zmaterializowało się w zakrwawianej twarzy kałmuckiego sołdata, która gwałtownie zetknęła się z wujowym kułakiem. Nigdy nie mogłem doprosić się szczegółowej relacji o całym zajściu, więc domyślać się mogę jedynie, że służący w taborach Azjata nie chciał dać obiecanej skóry na buty, a otrzymany w zadatku bimber oczywiście wyżłopał. Ponieważ w lutym roku 1945 trudno było o sąd gospodarczy w okolicach Koluszek, więc Wacław wziął sprawę swoje ręce i do dosłownie. Po znokautowaniu krasnoarmiejca chciał szybko oddalić się z miejsca zajścia z rulonem skóry, ale tutaj zbrakło ciut szczęścia i dosięgła go kula z pepeszy, raniąc boleśnie w nogę. Pojawił się w domu bladym świtem, osłabiony, utykający, ale z łupem. Do wieczora stan zdrowia pogorszył się tak, że został zawieziony furmanką do szpitala w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie chirurg wyjął pocisk i oczyścił ranę. Po zabiegu położono go w szpitalnym łóżku na obserwację, ale niespokojny duch i strach przed aresztowaniem spowodowały, że ze szpitala uciekł, podobno wykorzystując do tego wywieszone przez okno prześcieradła. Gdy front przewalił się w kierunku zachodnim wrócił do chałupy, gdzie dotrwał do końca wojny i początków panowania władzy ludowej.

Władza ludowa wcieliła go do wojska tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. Został skierowany do służby w ośrodku szkolenia kierowców samochodów ciężarowych, skąd wyszedł po dwóch latach z prawem jazdy w kieszeni. Każdy młody człowiek byłby zadowolony z takiego biletu na życie – praca w charakterze kierowcy ciężarówki to był, w wyniszczonym wojną kraju, niesamowity prestiż. Ale „Gapa” nie był każdym i wciąż dawało znać jego niespokojne usposobienie. Pewnego dnia zwyczajnie wsiadł w pociąg i pojechał na Śląsk pracować w kopalni, skąd zaczął pisać listy do sióstr. Cały dom wyczekiwał z niepokojem koperty zaadresowanej jego pięknym, wyrobionym charakterem pisma. Wiadomości zaczęły przychodzić coraz rzadziej, gdyż Wuj rzucił się w wir życia towarzyskiego i do głosu zaczęły dochodzić jego wielkie namiętności – alkohol, papierosy i kobiety. W końcu, zaniepokojona dłuższym braterskim milczeniem Babcia wybrała się do niego. Po powrocie opowiadała o pięknych garniturach wiszących w jego szafie, robionych na zamówienie, skórzanych butach i stosie starannie ułożonych, śnieżnobiałych koszul, którym towarzyszyły jedwabne krawaty. Była jeszcze, nieprzeznaczona dla mnie – smarkatego wyrostka – część dalsza babcinej opowieści, ta o prześlicznej blondynce, roztaczającej nad jej bratem staranną opiekę, ale jestem pewien, iż moich wspaniałych Czytelników podobne szczegóły również niezbyt interesują. Dodam jedynie, iż opiekunki zmieniały się bardzo często.

Bardzo często „Gapa” zaczął kasłać i czuć się coraz gorzej, co finalnie zawiodło go przed lekarskie oblicze. Diagnoza była precyzyjna – pylica płuc. Wrócił więc na Mazowsze, zamieszkał bez ślubu z pół-Niemką i otworzył ze wspólnikiem zakład parkieciarski. Znów pojawiły się duże pieniądze, alkohol, kobiety i największe nieszczęście – papierosy. Pomimo pogarszającego się stanu zdrowia nie był w stanie z nich zrezygnować. Słabł w oczach, palił namiętnie, pił i hulał, co w końcu zmusiło do odejścia jego życiową towarzyszkę. Wprowadził się do domu rodzinnego, gdzie chorym i wycieńczonym do końca opiekowała się moja Babcia. Była ona kobietą bardzo surową, ascetyczną i ściśle przestrzegająca zasad kościelnego Dekalogu, ale do swojego młodszego brata miała jakąś niewytłumaczalną słabość. Wciąż wspominała lutowy wieczór 1943 r., kiedy lodowa skorupa pokryła wiadro z wodą stojące w izbie, i gdy mróz tężał z godziny na godzinę, zasiewając strach w sercach domowników, aż tu nagle otworzyły się drzwi na oścież, stanął w nich Wacek z workiem ukradzionego węgla na plecach, kilkoma mięsnymi konserwami oraz bochenkami ciemnego, żołnierskiego chleba, wydobytego ze szwabskich magazynów. W chałupie zrobiło się ciepło, żołądki wypełniła wysokokaloryczna strawa i to wszystko dzięki osiemnastoletniemu „Łotrowi”, jak był nazywany przez najbliższych. Babcia go kochała miłością siostrzaną i nic nie było w stanie tego zmienić.

Zmienić nie była go w stanie także gruźlica i coraz częstsze pobyty w tuszyńskim szpitalu. Trudy okupacji i hulaszczy tryb życia wystawiły mu rachunek. Dobiegał półwiecza życia, wciąż był szaleńczo przystojny, zawsze pięknie i starannie odziany oraz perfekcyjnie ogolony i ostrzyżony. Moja Mama wspominała, że kroki Wuja poznawała z daleka po charakterystycznym skrzypieniu skórzanych butów, tak przez niego uwielbianych. Zmarł w roku 1975 na gruźlicę i został pochowany razem ze swoim ojcem Antonim a ja, grubo po ponad czterech dekadach od jego śmierci, skleciłem o nim te kilka akapitów.

Kilka akapitów o moim Wuju napisałem przez mojego Redaktora Naczelnego, który systematycznie prosił mnie o tekst wspominający Żołnierzy Wyklętych. Broń Boże nie chcę zrobić z Wuja Wacława kogoś kim nie był! Na pewno nie chcę uczynić z niego postaci pomnikowej, bo daleko mu było do ideału. Był duchem niespokojnym, wiercipiętą, poszukiwaczem przygód, który przez długie lata okupacji zalewał hitlerowcom sadła za skórę. Nie robił tego walcząc o wolność, a robił to walcząc o fizyczne przetrwanie swoje i swojej rodziny. Był rówieśnikiem Powstańców Warszawskich, ale nie przyświecały mu tak szczytne cele jak im. On po prostu był zwykłym wiejskim chłopakiem, z pewnymi inklinacjami, a okrutne wojenne czasy wydobyły je na światło dzienne. Jego postać nigdy nie znajdzie się na kartach historii, co jest absolutnie zrozumiale, ale jego postać żyje w mojej pamięci. Postanowiłem się z Państwem podzielić wspomnieniem o Wacławie Kowalskim, Wuju „Gapie”, a Państwo zadecydują czy ta idea była właściwa. Mojemu pryncypałowi powiedziałem, żeby rzetelny tekst o Żołnierzach Wyklętych zamówił u zawodowego historyka, gdyż tylko tak można tych wspaniałych ludzi właściwie uhonorować, a ja mam straszną radość, że pisząc niniejsze wspomnienie, okazałem swoiste nieposłuszeństwo obywatelskie.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 11 marca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja