Nauczyciel od HCV, prawa i proktologii czyli od wszystkiego. Taki ma być nauczyciel Edukacji Zdrowotnej. Absurd, a jednak MEN, rządzący dalej forsują ten pomysł. Poniżej tekst maila Agnieszki Sawicz – prezesa zarządu Konfederacji Kobiet RP.
Nie uszła uwadze dyskusja na temat tego nowego przedmiotu szkolnego – Edukacji Zdrowotnej. Sprawa jest szczególnie paląca właśnie teraz, gdyż tylko do 25 września rodzice mają czas na zrezygnowanie uczestnictwa swoich dzieci w tych zajęciach.
Nic więc dziwnego, że ministerstwo i rząd rzuciły wszystkie siły do forsowania swojego fatalnego pomysłu…
Piękne wizje kontra rzeczywistość
Z ich gorliwych wizji wyłania się wspaniały obraz całych szeregów polskich uczniów, które dzięki uczestnictwu w lekcjach edukacji zdrowotnej wybiorą w sklepiku szkolnym marchewki zamiast czipsów, rzucą smartfon w kąt, by trenować sport, nie dadzą się wykorzystać seksualnie i będą szczotkowały zęby przez 2 minuty po każdym posiłku…
A kto w to nie wierzy albo nie daj Boże stawia pytania, ten pruderyjny zacofaniec i zakompleksiony głąb.
Oczywiście prawda jest zupełnie inna. I tak niewiele wystarczy, by ją odkryć!
A wystarczy choćby zajrzeć do podstawy programowej nowego przedmiotu, czyli zestawu obowiązkowych na danym etapie nauczania treści, które ma przyswoić uczeń.
Zdrowie, czyli… prawne regulacje związków partnerskich
Najbardziej kontrowersyjne są oczywiście tematy z edukacji seksualnej, choć – jak udowodnię w dalszej części listu – nie tylko one.
Jeśli chodzi o tzw. „zdrowie seksualne”, to jak to zwykle u lewicowych ideologów bywa uczniowie muszą koniecznie poznać takie zagadnienia jak stereotypy płciowe, tożsamość płciowa, orientacja płciowa, najróżniejsze rodzaje antykoncepcji, „świadoma zgoda na seks”, in vitro, aborcja, LGBTQ. Słowem: cała gama ulubionych „postępowych tematów” lewicy.
Oczywiście w podstawie programowej nie znajdziemy promocji małżeństwa, rodziny, macierzyństwa, rodzicielstwa… Za to uczeń po lekcjach edukacji zdrowotnej powinien np. umieć „wyszukać przepisy prawne uprawnień i obowiązków związanych z zawarciem związku małżeńskiego praz z prawnymi aspektami funkcjonowania związków nieformalnych w Polsce”.
Takie to właśnie zdrowie…
Nie tylko seks
Ale – na co rzadziej zwraca się uwagę, choć to nie mniej groźny aspekt – nie tylko część związana ze zdrowiem seksualnym powinna budzić obawy rodziców.
Proszę zauważyć, że zagadnienia podstawy programowej dotyczące zdrowia psychicznego czy społecznego bardzo silnie wkraczają w sferę wychowania oraz wartości, w duchu których każda rodzina chce i powinna wychowywać dzieci sama. Tymczasem promocja różnych postaw emocjonalnych, modnych technik psychologicznych i terapeutycznych, podejścia do rozwodów i nowych związków rodziców nie zawsze będzie przecież zbieżna z tym, jak rodzice chcą wychować swoje dzieci…
Nauczyciel od… HCV, prawa i proktologii
Najbardziej zdumiewa mnie jednak fakt, że ministerstwo nie ma żadnego problemu z tym, że tego wszystkiego – od przeciwdziałania HIV,HBV, HCV i HPV, przez medytację uważności, profilaktykę onkologiczną i prawne uwarunkowania związków nieformalnych, aż po zaburzenia psychotyczne i neurodegenracyjne czy też rolę proktologa (sic!) jako lekarza specjalisty zajmującego się tematem seksualności człowieka ma uczyć jeden nauczyciel.
Wuefista znający się na zdrowiu fizycznym i urazach podczas gry w koszykówkę, jako nauczyciel edukacji zdrowotnej ma teraz przestrzegać dojrzewające dziewczynki przed „ubóstwem menstruacyjnym” i uczyć „postawy asertywnej”, a biologiczka – prawnych uwarunkowań związków partnerskich w Polsce.
Czyż łatwiej o większy absurd?!
Ale nie tylko o kuriozalność tej sytuacji chodzi. To zwyczajnie niebezpieczne. Ministerstwo chce, żebyśmy edukację i zdrowie naszych dzieci lekką ręką powierzyli domorosłym psychologom, samozwańczym lekarzom i wychowawcom o nieznanych nam przecież systemie wartości.
Zostało mało czasu!
Myślę, że to wystarczy, by przekonać o konieczności wytoczenia zdecydowanej wojny tym szalonym pomysłom ministerstwa. Już raz udało się wygrać – wtedy, gdy resort ugiął się pod naszą presją i zrezygnował z planu, by edukacja zdrowotna była przedmiotem obowiązkowym. Każdy przy zdrowych zmysłach ma gęsią skórkę na myśl o tym, co byłoby, gdyby całe to szaleństwo miało być przymusowe…
Teraz jednak przed nami walka o to, by jak najwięcej rodziców wypisało dzieci z tego przedmiotu. Aby to zrobić, należy po prostu złożyć w szkole oświadczenie o rezygnacji z zajęć w tym roku szkolnym. Czas mamy tylko do 25 września.
Dlatego teraz, na ostatniej prostej, bardzo proszę o zaangażowanie się w przekonywanie tych rodziców, którzy mamieni rządową propagandą do tej pory wahają się jeszcze, co robić. Można np. przesłać im mojego maila z argumentacją na ten temat albo wskazać szczególnie kontrowersyjne punkty podstawy programowej, której realizacja zgodnie z polskim prawem – jest obligatoryjna.
Zachęcam też do bezpłatnego pobrania naszej infografiki na ten temat!
