Nadwiślański gen normalności

Previous Image

Kto z Państwa dziś jeszcze pamięta skandal w irackim więzieniu Abu Ghurajb? Zapewne niewielu, dlatego pozwolę sobie przypomnieć ową aferę, sprzed ponad półtorej dekady. Po zakończeniu zwycięskiej kampanii antysaddamowskiej, wojska amerykańskie zaadoptowały, w 2003 r., stary iracki zakład penitencjarny, gdzie przetrzymywano osoby podejrzane o terroryzm. Personelem placówki zawiadywała kobieta, generał Janis Karpinski. Późną wiosną roku 2004, gdy w Karbali wciąż trwały ciężkie walki z Milicją Mahdiego, do Campu Juliet, w którym wówczas przebywałem, przyszła wieść o przestępstwach, jakich żołnierze USA dopuszczali się na osadzonych. Pojawiły się doniesienia o upokarzaniu więźniów, ich biciu czy wręcz torturowaniu. Sprawa była szeroko komentowana przez nas i nie mogliśmy uwierzyć, że w XXI w. coś takiego może mieć miejsce. Życie żołnierskie jest surowe, zachowania ludzi w mundurach są często szorstkie i pozbawione empatii, ale głównie wynika z to charakteru działań. Nigdy nie zetknąłem się natomiast bezpośrednio z bestialstwem ani okrucieństwem, a winien jestem wyjaśnienie, że w naszym obozie też było więzienie.

Więzienie, a właściwie niewielki, odosobniony, parterowy budynek, stojący na tyłach hotelu, w którym rozlokowano dowództwo i sztab a 1. Brygadowej Grupy Bojowej (1 BCT – ang. 1st Brigade Combat Team), służyło początkowo jako areszt dla żołnierzy ICDC (ang. The Iraqi Civil Defense Corps) – nowotworzonej irackiej armii. Musicie Państwo wiedzieć, iż po wygranej wojsk generała Tommy’ego Raya Franksa, cywilny gubernator Iraku, Paul Bremer, zrobił ruch idiotyczny, gdyż pozostawił praktycznie w całości struktury zbrodniczej policji, służącej wcześniej reżimowi Husajna – skorumpowanej mafii w mundurach, cieszącej się bardzo złą sławą – a rozwiązał armię. Aby ten błąd naprawić Amerykanie zaczęli tworzyć nowe wojsko. Nosili oni stare mundury, które można było swego czasu zobaczyć na telewizyjnych materiałach z frontu wojny iracko-irańskiej, plastikowe hełmy, często klapki zamiast butów a morale i dyscyplina były pod psem. Aby wymusić posłuch ich przełożeni, Irakijczycy, stosowali kary aresztu. Za jakieś przewinie delikwent dostawał kilka dni paki i siedział w owym budynku. My w żaden sposób się nie wtrącaliśmy, gdyż były to wewnętrzne sprawy gospodarzy kraju, zaś po wybuchu powstania Muktady as-Sadra wszyscy oni zdezerterowali i wojskowy „ancel” stał pusty.

Pusty stał aż do dnia kiedy mój serdeczny kolega, dowódca elitarnej kompanii rozpoznawczej, ujął na mieście sadrystę. Jacek, gdyż tak miał na imię ów oficer, przyczaił się w nocy z dowodzoną grupką żołnierzy, w znanym tylko sobie zaułku i cierpliwie czekał. W pewnym momencie dostrzegł biegnącego z bronią, odzianego na czarno mężczyznę, którego czoło zdobiła zielona przepaska, upstrzona jakimiś znakami. Jeden ze zwiadowców nonszalancko zakasłał i zaśpiewał niemiłosiernie fałszując „Szła dzieweczka do laseczka”, co zaintrygowało mahometanina na tyle, że zbliżył się, by źródło dźwięku zlokalizować. Po chwili zwaliło się na niego kilka ciał, walka wręcz trwała krótko i zakończyła się swojską frazą: „Mamy go, ku*wa!”. Kilka minut później delikwent leżał na podłodze Honkera związany niczym wielkanocny baleron i kolumna pojazdów mknęła do obozowiska. Po przyjeździe na miejsce petenta umieszczono we wspomnianym wcześniej więzieniu, postawiono przy nim uzbrojonego strażnika, jego dzielni pogromcy poszli się zdrzemnąć, bo już świtało a nie było wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

Kolejny dzień nie przyniósł niczego nowego. Wciąż było ciepło było potwornie, od strony ratusza stale dobiegała palba wystrzałów a ja skorumpowałem magazyniera mundurowego dwiema konserwami wieprzowymi i wziąłem od krwiopijcy oraz spekulanta kilka ręczników frotte. Ręczniki potrzebne mi były do wyłożenia siedzeń samochodów, pokrytych fabrycznie jakąś ekologiczną skórą bądź skajem. Możecie sobie Państwo wyobrazić, jak człowiek się czuł po kilkunastu godzinach siedzenia na czymś takim, w temperaturze sięgającej 55°C, prawda? Tak się złożyło, że moje auta stały raptem kilka metrów od prowizorycznego kicia. Gdy biedziłem się z kierowcą usiłując zmodernizować siedziska, znudzony niczym mops strażnik podszedł uciąć pogawędkę. Rozmowa rozwijała się interesująco, aż do momentu, gdy od strony sztabu zaczął zbliżać się oficer, odpowiedzialny za opiekę nad osadzonym. „Cerber” natychmiast zajął nakazane regulaminem miejsce i z nadzwyczajną gorliwością oraz oddaniem zaczął patrzeć na siedzącego w kucki Araba. Kontrolujący podszedł do niego, przywitał się i miałem okazję wysłuchać owocnego dialogu:

– „No cześć! Słuchaj, jak tam ten nasz więzień?”;
– „A w porządku, Panie Kapitanie. Siedzi skulony i coś mamrocze pod nosem. Chyba się boi, bo cały czas Allaha wzywa”;
– „No to może go jakoś pociesz, co?”;
– „No, ale jak? Mam mu, ku*wa, kawały opowiadać?”;
– „Nie, kawały to nie, ale gadaj z nim”;
– „Ale o czym mam z nim gadać?”;
– „Powiedz mu, że wszystko będzie dobrze, albo coś w tym stylu”;
– „No, ale skąd ja mam wiedzieć, czy wszystko będzie dobrze?”;
– „Nie ma znaczenia czy będzie. Ważne, żeby go wprawić w dobry nastrój”;
– „To ten, Panie Kapitanie, ja mam lepszy pomysł!”;
– „A jaki?”;
– „Pan Kapitan tutaj posiedzi i go popilnuje, a ja skoczę na miasto i jakieś fajne dziewczyny mu sprowadzę. Wtedy będzie gościowi weselej!”;
– „Coooo?! Kuuu*waaa!!! ….”.

Ciągu dalszego cytował nie będę, gdyż była to już typowo żołnierska tyrada, zakończona gwałtownym odwróceniem się na pięcie kapitana i energicznym odmaszerowaniem w kierunku skąd przeszedł. Kilka minut później znów się pojawił, tym razem w towarzystwie tłumacza i lekarza. Więziony został starannie przebadany, nakarmiony, wyjaśniono mu w zrozumiałym języku jego sytuację i zapytano czy chce kogoś powiadomić o miejscu swojego pobytu? Nie wiem jak zakończyła się cała akcja, bo musiałem udać się na kolejną odprawę a kilka chwil później wylądował śmigłowiec i powstaniec został zabrany przez żołnierzy Żandarmerii Wojskowej Stanów Zjednoczonych do Bagdadu. Nigdy więcej już o nim nie słyszałem.

Nie słyszałem też o jakimkolwiek wypadku zachowań negatywnych naszych żołnierzy. Pragnę zwrócić Państwa uwagę na system, który zadziałał właściwie. Nawet jeśli przytoczony dialog może wydawać się żartobliwy, jednak jest on całkowicie pozytywny. Ktoś się interesował przeciwnikiem i o niego zadbał. Osadzony chciał do nas strzelać, ale w polskim żołnierzu nie ma chęci odwetu czy udręczenia pokonanego przeciwnika. To nad Wisłą żyły zgodnie różne nacje, przez wiele wieków. Polacy, Żydzi, Ormianie, Szkoci, Niemcy, Tatarzy, Holendrzy i wiele innych narodów harmonijnie funkcjonowało w naszym kraju. Jesteśmy tolerancyjni, otwarci, niekonfliktowi i kochamy wolność. Jest w nas coś co można nazwać nadwiślańskim genem normalności.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja