Karetka pogotowia

Previous Image

Iracki dzień budzi się bardzo szybko. W ciągu kilku minut ciemności ustępują miejsca wszechobecnym promieniom słonecznym, które rozświetlając ziemię, podnoszą temperaturę powietrza aż do około 70° Celsjusza w południe. Taki też był niedzielny, karbalski poranek, 4 lipca 2004 r. Jasność nastała błyskawicznie, więc zacząłem pieczołowicie pakować do plastikowego pudełka zbędny noktowizor, przy pomocy którego prowadziłem wcześniej obserwację terenu. Noc spędzona w niewygodnym wnętrzu samochodu marki Honker dała mi się solidnie we znaki, toteż marzyłem o zjeździe do bazy, prysznicu, dobrym posiłku i wygodnym łóżku. Nakazałem mojemu zastępcy odwołać ze stanowisk grupę żołnierzy działających w niewielkim oddaleniu, jako dyżurne środki ogniowe. W pewnym momencie zorientowałem się, że dzieje się coś dziwnego z moim pododdziałem. Wszyscy byli niezdrowo pobudzeni i nadzwyczajnie energiczni. Powracający celowniczowie karabinów maszynowych nie wlekli się zwyczajowo noga za nogą, dźwigając na plecach ciężką broń. Podobnie jak ich pomocnicy objuczeni skrzynkami z amunicją i radiostacjami, maszerowali niezwykle szybkim i sprężystym krokiem. Zapytałem pucołowatego kierowcy o co chodzi, a on wzruszył tylko ramionami i zaczął dziwnie uciekać wzrokiem. Wtedy ogarnął mnie już duży niepokój i postanowiłem przeprowadzić dogłębne śledztwo.

Dogłębne śledztwo zakończyłem kilkadziesiąt sekund później, kiedy odkryłem na pokładzie jednego z pojazdów ruchome biuro bukmacherskie. Prowadził je „Kinder”, chudy, niewysoki, nerwowy i agresywny spadochroniarz, który kilka miesięcy wcześniej wykazał się nadzwyczajnym męstwem i przytomnością umysłu, gdy wjechaliśmy całym patrolem w zasadzkę. Jego wybuchowy charakter okazał się dla nas zbawienny, gdyż jako pierwszy otworzył błyskawicznie ogień i zmusił partyzantów Muktady as-Sadra do poszukania schronienia, co pozwoliło nam wyjechać bezpiecznie ze strefy śmierci. Tym razem „Kinder” nikogo nie ratował, a przyjmował zakłady na wieczorny finał Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Pochylał się nad niemiłosiernie wygniecioną i ostemplowaną brudnymi paluchami kartką papieru, gdzie zapisywał deklarowane kwoty i typowane wyniki. Podszedłem do niego, wyjąłem mu świstek z dłoni i rzuciłem nań okiem. Na pierwszym miejscu zobaczyłem notę: „Szczupły – 5$ – 3:0, Portu.”. Od razu zrozumiałem, czemu mój osobisty kierowca, pulchny syn Ziemi Świętokrzyskiej, wykazał kilka minut wcześniej taką niewiedzę i amnezję. Ponieważ o piłce nożnej nie miałem bladego pojęcia, więc zapytałem: „Kto gra dzisiaj?”. Dziecięca twarz „Kindera” przybrała wyraz bezbrzeżnego zdziwienia i zdumiony odpowiedział: „Portugalia z Grecją! Dowódca to czasem, k*rwa, czai bazę?”. Rozległ się głośny rechot otaczających mnie łapserdaków, a najgłośniej rżał „Szczupły”, który przywlókł swoje obłe ciało na miejsce akcji. Zgromiłem go wzrokiem, co przyniosło efekt mizerny, więc na tym poprzestałem, a chudemu nerwusowi nakazałem wciągnąć mnie na listę z kwotą 20 dolarów amerykańskich, postawionych na Helladę. Żołnierz spojrzał mi w oczy, jak stałemu bywalcowi kliniki psychiatrycznej i zapytał: „Na kogo, k*rwa? Na jaką znów Helenę?!”. „Na Grecję, nieuku jeden!” – odparłem, wyciągnąłem zwitek banknotów, odliczyłem właściwą kwotę i wcisnąłem mu do ręki. Śmiech jaki się poniósł był słyszalny chyba nawet w Magnitogorsku, a szyderstwom nie było końca. Zacząłem poważnie zastanawiać się nad retorsjami jakie podejmę w stosunku do tej rozwydrzonej bandy, ale z niskiego dachu pobliskiej szopy usłyszałem wrzask obserwatora: „Ali Baba! Trzysta! I bliżej!”. Wszyscy rzucali się do pojazdów, a ja stanąłem na skrzyni ładunkowej mojego auta i faktycznie, w odległości około 300 metrów, dostrzegłem zbliżający się sznur niebieskich, policyjnych Toyot.

Policyjne Toyoty wróżyły kłopoty. „Ali Babą” nazywano w Iraku łotrów, a my zaadoptowaliśmy ową nazwę na określenie lokalnej policji, chyba najbardziej skorumpowanej organizacji w galaktyce. Kolumna zatrzymała się, z pierwszego pojazdu wysiadł kierowca, podszedł do mnie i łamaną angielszczyzną powiedział, że jego dowódca mnie natychmiast wzywa. Byłem już obyty z bliskowschodnią bezczelnością i arabską ekspansywnością, toteż, nie mniej bezczelnie, odrzekłem: „Yalla!” czyli: „spie*dalaj”. Iracki funkcjonariusz pojął, że łatwo nie będzie, wrócił biegiem do półciężarówki i zdał relację przełożonemu z przebiegu „negocjacji”. Otworzyły się drzwi pasażera i wytoczył się przez nie bardzo otyły porucznik, z kilkoma sygnetami na pulchnych paluchach. Poznałem natychmiast bliskiego kuzyna generała Abbasa Fadila al-Hasaniego, dowódcy karbalskiej policji. Oficer podszedł, przybrał butną minę i wyciągnął dłoń na powitanie. Wiedziałem, że był zwykłym bandytą, jedynie przypadkiem noszącym uniform stróża prawa, toteż nie podałem mu ręki i patrząc wyzywająco w oczy zapytałem po polsku: „Czego chcesz?”. Arab już wiedział, iż trafił bardzo źle i zaczął powtarzać: „Ambulance! Danger! Mister, no good! You help Police!”. Nagle obok rozległ się spokojny głos Leszka, mojego serdecznego kolegi, powiernika i zastępcy: „Słuchaj, te k*urwy chcą nas w coś wkręcić i pewnie znów jakiś wałek szykują”. Wiedziałem, że Lechu ma rację i odpowiedziałem Irakijczykowi: „Ok. Show me the area. Go first”. Grubas niechętnie oddalił się do swoich, jego lśniące auta ruszyły niemrawo, a my za nimi. Kilka minut później dotarliśmy do parkingu, na którym stała karetka pogotowia. Auto z daleka wręcz pachniało nowością, zaś czerwony półksiężyc zdobił jej zawarte drzwi.

Drzwi ambulansu były zamknięte, a matowe szyby nie pozwoliły dostrzec co jest wewnątrz. Już wiedziałem o co chodzi! Policjanci chcieli przejąć samochód, ograbić go z wyposażenia, sprzedać z zyskiem ukradzioną aparaturę i podzielić się pieniędzmi. Problem mieli ze sforsowaniem zamków, gdyż obawiali się, że może być na nie założony ładunek wybuchowy, toteż wpadli na „genialny” pomysł, zaangażowania mnie do ich otwarcia. Mahometański porucznik pojawił się przy mnie i zaczął nakazywać: „Open it! Mister, open it. Danger! Mister, no good!”. Znów pojawił się Lechu, tym razem trzymając w dłoni wielki nóż szturmowy. Spojrzał na policjanta i powiedział: „Ty taki, k*urwa, całkiem normalny nie jesteś, co? Tobie to chyba instalację w*jebało do cna!”. Nastała chwila wielkiego napięcia, a ja modliłem się w duchu, aby Arabowi nie przyszło do głowy jakiekolwiek siłowe rozstrzygnięcie dyskursu, ponieważ wtedy ktoś polegnie i nie będzie to Leszek. Allah miał pieczę nad swym wyznawcą, gdyż przy pojeździe ratunkowym pojawiła się grupa śniadolicych mężczyzn, którzy zaczęli szykować do odjazdu przedmiot westchnień grubasa i jego kamratów. Wówczas ruszyłem się i ja chcąc wyjaśnić całkowicie sprawę.

Sprawę naświetlił mi jeden z nowoprzybyłych, którym okazał się syryjski lekarz. Mężczyzna opowiedział piękną angielszczyzną, że jest opiekunem medycznym irańskiej pielgrzymki do sanktuarium Imama Husajna. Wtedy poczułem wielką nienawiść do policjantów, którzy doskonale wiedzieli, iż ambulans jest zagraniczny i chcieli perfidnie złupić przybyszów. Nakazałem łapiduchowi ruszać pod meczety i zaoferowałem moją ochronę na czas drogi. Konwojowałem go aż do parkingu autokarowego, gdzie stała duża grupa Persów, zabezpieczanych przez dobrze uzbrojonych ludzi. Policyjny patrol wlókł się za nami niczym stado sępów wypatrujących padliny. Gdy Syryjczyk i jego pomagierzy dołączyli do swoich, nakazałem odwrót do bazy i godzinę później kładłem się uradowany do snu. Nie pamiętam co mi się śniło, ale było bardzo sympatycznie i przyjemnie.

Bardzo sympatycznie i przyjemnie było także późnym wieczorem, kiedy pół pierwszego plutonu wdarło się do mojej kwatery, rycząc niczym stado dzikich bawołów na sawannie. Zapytałem ową bandę Hunów czego sobie życzy, a wtedy na czoło wysunął się „Kinder” i wręczył mi kwotę 125 dolarów USA. Zapytałem co to za pieniądze, a on odrzekł, że jakiś Angelos Charisteas „za*ebał bramę” Portugalczykom i ci cali „Hellenowie”, a nie tam żadna Helena, są mistrzami Europy, i, że ja jestem wybitnym znawcą piłki nożnej. Zrobiło mi się bardzo ciepło na sercu, pieniądze oczywiście przyjąłem, a następnie poprosiłem potomków Attyli, aby poszli precz, przypominając, że hazard jest surowo zakazany. Banda zniknęła dopiero wówczas, gdy zacząłem używać słów powszechnie uznawanych za wulgarne i obelżywe, ale zmusili mnie do tego sami jej członkowie. Znów zapakowałem się do łóżka, starannie umieszczając pod poduszką wygrane dewizy.

Wygrane dewizy, kilka tygodni później wymieniłem na złotówki w kantorze, a następnie przepiłem co do gorsza w jednej z krakowskich knajp. W biesiadzie partycypowali wszyscy uczestnicy tamtego pamiętnego patrolu. Wspominaliśmy grubego porucznika, syryjskiego lekarza i pielgrzymkę Irańczyków. Zastanawialiśmy się czy wciąż żyją i co teraz robią? Impreza była przednia, trwała prawe do rana, a ja następnego dnia obudziłem się z potwornym bólem głowy, strasznie żałując, iż nie mam pod ręką owego łapiducha z jego karetką pogotowia.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 21 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja