Kiedy piszę niniejszy artykuł, jednym z najbardziej spoconych i zaniepokojonych ludzi w Polsce jest Sławomir Arkadiusz Neumann, polityk Platformy Obywatelskiej (PO). Pana Sławomira – niczego nieświadomego i szczerego, niczym mój kolega Stachu po trzeciej butelce – swego czasu był uprzejmy nagrać, jakiś jego partyjny kompanion z Tczewa. Na materiale dźwiękowym słychać wyraźnie, jak Neumann, używając słów powszechne uznawanych za wulgarne, komentuje stany, w jakich znajdują się pewne organizacje wolnościowe, w tym Komitet Obrony Demokracji, i nie wyłania się z tego obraz pokrzepiający. Nie byłem nigdy na żadnej naradzie ugrupowania politycznego reprezentowanego przez naszego bohatera, więc mogę jedynie domyślać się, iż podobne dialogi są w nim na porządku dziennym. Proponuję, aby moi Czytelnicy, jako wyrobieni obserwatorzy sceny politycznej, porzucili ów medialny klangor, gdyż jest on nadzwyczaj przewidywalny, zaś cała „sprawa tczewska” to jedynie zwiastun opisujący faktyczną sytuację w PO – taki wierzchołek „góry lodowej”.

Wierzchołek „góry lodowej” jaki wychynął ostatnio w Poznaniu, powinien Państwa zainteresować o wiele bardziej, niż, denne jakościowo, wytwory mózgu Neumanna. Mam na myśli inaugurację działalności Wysuniętego Stanowiska Dowodzenia (WSD) 1. Dywizji Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych (1 DP US, ang. U. S. 1st Infantry Division), która odbyła się w grodzie Przemysława, 5 października br. Sama impreza była przednia, zgodna z wypracowanymi schematami, okraszona przemówieniami naszego ministra obrony, amerykańskiej ambasador i dowódców wojskowych. Wszyscy był radośni, uśmiechnięci, pełni optymizmu i ufnie patrzący w przyszłość. Jeśli ktoś się niepokoił i pocił, to mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, iż była to kohorta sztabowców zza oceanu, myślących, co czeka ich w najbliższych tygodniach i miesiącach – mianowicie ogrom planistycznej pracy sztabowej. Ceremonia inicjalna faktycznie nie była nawet wierzchołkiem „góry lodowej” tego co będzie się działo, a jedynie samym czubeczkiem owego wierzchołka. Reszta jest głęboko skryta, nudna i nieskończona.

Nudna i nieskończona robota sztabowa nie ma nic wspólnego z obrazem, jaki czasem widać na wojennych filmach. Nikt nie wpada na genialne pomysły w jednej chwili i nikt nie działa pod wpływem impulsu. Wszystko musi być zgodne ze Standardowymi Procedurami Operacyjnymi (SOP, ang. Standard Operating Procedure), opisane szczegółowo w dokumentach rozkazodawczych i precyzyjnie narysowane na mapach. Nad każdym kawałkiem papieru, jaki przedstawia się dowódcy do podpisu, pracuje zespół specjalistów ze wszystkich dziedzin. Nie dzieje się tak dlatego, że dowódcy się nie chce lub nie ma nastroju by zrobić to samodzielnie. Dzieje się tak dlatego, że nikt nie jest w stanie ogarnąć ogromu wiedzy, niezbędnej do działania na współczesnym polu walki i głównodowodzący musi być wspierany grupą fachowców najwyższej próby.

Fachowców najwyższej próby kształtują w szkołach wojskowych najczęściej starszy, doświadczeni wiarusi i takie kształtowanie czasem bardzo boli. Boleści owych doświadczyłem osobiście ćwierć wieku temu, a choć za żadnego wielkiego fachowca się nie uważam, to jednak opowiem Państwu moją osobistą historię, opisującą sposób działania „kuźni kadr militarnych”. Jesienią roku 1993 rozpocząłem drugi rok studiów na uczelni wojskowej. Podczas ćwiczeń z Taktyki Ogólnej otrzymałem polecenie wytyczenia drogi marszu dla plutonu czołgów T-72, wspartego drużyną piechoty na BWP-1. Pododdział liczył łącznie 19 żołnierzy i 4 maszyny. Podszedłem pewnie do mapy i zdecydowanym głosem zacząłem wygłaszać wyuczone na pamięć ogólniki, co spotkało się z wielkim zainteresowaniem wykładowcy, Pana płk. dypl. Tadeusza Dębskiego. Doświadczony taktyk od razu zorientował się, że usiłuję wcisnąć mu jakieś banialuki z poziomu skryptu i zaczął zadawać mi coraz bardziej szczegółowe pytania. Okazało się, że w okolicach byłej miejscowości Glinienko, chciałem przekroczyć rzeczkę po jakimś polnym mostku, o nośności kilku ton. Gdy płk Dębski to usłyszał, podniósł ręce przerażony i zakrzyknął, iż to niemożliwe, bo jeden czołg waży ponad 40 ton. Wystawił mi wielką dwóję do dziennika, wezwał dowódcę kompanii i obydwaj panowie zapowiedzieli, że następnego dnia rano zaczerpnę trochę świeżego powietrza.

Świeżego powietrza miałem dużo więcej niż trochę, kiedy kilkanaście godzin później biegłem przed wojskową „Nysą”, dokładnie po tej samej drodze, którą poprzednio wytyczyłem czołgistom i zmechanizowanym. Siąpił żwawy deszczyk, z okapu hełmu odrywały się duże krople wody zalewające mi twarz, wojskowy rynsztunek radośnie podskakiwał w takt mojej galopady, a trzonek łopatki saperskiej plątał się między kolanami, boleśnie je obijając. Trzymana w brudnych rękach bezkształtna masa celulozy, która jeszcze wczoraj była mapą, nie mówiła już praktycznie nic, podobnie jak dwaj oficerowie siedzący w przytulnym wnętrzu pojazdu, jadącego wolno na mną. Gdy dobiegłem do przepustu, po którym chciałem przegrupować wozy bojowe, okazało się, że jest to kupa zwietrzałego betonu i jedyne co może się po niej przeprawić, to jednoślad typu rower „Wigry 3”, a nie potężne masy stali. Dowódca kompanii wysiadł z samochodu, starannie narzucił na ramiona przeciwdeszczową pelerynę i rzucił krótką komendę: „Przepust – ROZPOZNAĆ!”. Rozkaz wykonałem natychmiast i brnąc po kolana w zimnej wodzie, dokonałem starannych oględzin obiektu. Po kilkukilometrowym marszobiegu w deszczu i z pełnym oporządzeniem, wyglądałem chyba gorzej niż żałośnie, gdyż kazano mi wsiąść na tył pojazdu i wróciliśmy do koszar. Podczas jazdy moi „dydaktycy” żartowali sobie i opowiadali ucieszne dykteryjki, a ja, trzęsąc się z zimna, miałem wiele czasu by podryfować po bezbrzeżnym oceanie mojej indolencji, głupoty i niewiedzy oraz spróbować nabrać niezbędnej pokory.

Niezbędna pokora charakteryzowała wszystkich dowódców jakich spotkałem znałem. To ludzie znający rzemiosło wojenne na wskroś i wiedzący, że nikt tak nie potrafi zaskoczyć człowieka jak przyroda, teren i przeciwnik. Oni doskonale wiedzą, że teraz muszą zebrać masę danych, wciąż je uaktualniać, spróbować przewidzieć ewentualne, przyszłe działania strony przeciwnej i wypracować konkretne decyzje. To robota tytaniczna i nieskończona. Kiedy będziecie Państwo oglądać fotografie z imprez z udziałem żołnierzy, to wiedzcie, że oglądacie jedynie tych, których oglądać możecie i powinniście. Reszta, ukryta w swoich pomieszczeniach sztabowych, na zawsze pozostanie dla nas wszystkich anonimowa, ale to właśnie ta reszta dba o nasz spokój. To wybitni specjaliści i fachowcy, którym zawdzięczamy nasze bezpieczeństwo – ukryta starannie, diablo niebezpieczna dla przeciwnika, „podwodna część góry lodowej”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 07 października 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja