Pierwszy i ostatni raz w cyrku byłem ponad trzy dekady temu i, szczerze mówiąc, średnio mi się spodobało. Może cyrk był lichy, a może to ja byłem zblazowany, niczym syty Epikurejczyk, ale więcej do tego przybytku uciechy już nie zawitałem. Nie urzekły mnie ani tańczące niedźwiedzie ani wysokościowe akrobacje linoskoczków. Nie przemówiły do mnie także głupawe dowcipy, opowiadane przez clowna, zaś wyliniały, stary lew, który najpierw nie słuchał komend tresera, następnie wysiusiał się na środku areny, po czym wolnym krokiem opuścił miejsce występu, rozbawił mnie jedynie na chwilę. Siedząc na widowni pożarłem wielką paczkę ciastek, wypiłem flaszkę słodkiej oranżady z bąbelkami i czułem je w nosie przez dwa kolejne dni. Było to chyba najlepsze z owej wyprawy, nie licząc pisków młodszej siostry, którą szczypałem po łydkach tak umiejętnie i skrycie, że nasza Mama dopiero po dwóch kwadransach zorientowała się, co jest źródłem niepokojów smarkatej. Kazała mi natychmiast zaprzestać uprawiania owego niecnego procederu, pod groźbą rozprawienia się ze mną w domu.

W domu oczywiście już nikt nie pamiętał moich wyczynów, wszyscy dzielili się swoimi wrażeniami, a ja usiłowałem uchwycić w radioodbiorniku jakąś stację muzyczną, gdzie nie było wrzasku Maryli Rodowicz czy zawodzenia Krzysztofa Krawczyka. Kiedy wreszcie usłyszałem charakterystyczny głos Marka Knopflera, skompilowany z dźwiękami gitarowych solówek, błyskawicznie zapomniałem o żenującym widowisku. Rok później zdecydowanie odmówiłem pójścia z familią na podobny popis. Okazało się, iż decyzję podjąłem właściwą, bo przedstawiono dokładnie to samo, oczywiście pomijając element załatwienia potrzeby fizjologicznej przez króla zwierząt. Do dziś mam wielki uraz do podobnej rozrywki, a jedyny cyrk, jaki obecnie mnie interesuje, to cyrk polityczny.

Cyrk polityczny, jaki mam okazję obserwować w Polsce od listopada roku 2015, sprawia mi niesamowitą uciechę. Proszę, aby Państwo się nie obawiali, ponieważ niniejszy artykuł nie będzie długą, nudną, najeżoną dziesiątkami danych liczbowych rozprawą, traktującą o rządach Zjednoczonej Prawicy. Niniejszy artykuł będzie luźną, mam nadzieję lekko wesołą opowiastką, o bzdurach, jakimi próbują karmić społeczeństwo quasi-bogowie z okołosejmowego Olimpu, którym tylko się wydaję, że są kimś nadzwyczajnym, a usłużne tytuły prasowe i stacje telewizyjne robią co mogą, by ową iluzję rozprzestrzenić. Będzie też o całkowitej porażce rzeźbiarzy, a właściwie rzeźników ludzkich umysłów, jak na swój prywatny użytek nazywam osoby, trudniące się profesją, zwaną kiedyś dziennikarstwem. Będzie o ludziach, którzy nagle i ze zdziwieniem odkryli, że nie mają żadnej większej mocy sprawczej, a papka, serwowana przez nich czasem całą dobę, trafia jedynie do wąskiej grupy, i tak przekonanych do liberalnych rządów, pretorianów systemu. Aby do owego odkrycia doszło, musiał nastać dzień 26 maja 2019 roku.

26 maja 2019 roku, w niedzielę, odbyły się wybory do Parlamentu Europejskiego. Już wieczorem okazało się, że zostały one zdecydowanie wygrane przez obóz Zjednoczonej Prawicy. Wyrazom zaskoczenia nie było końca, a rozdziawione zdziwieniem gęby „postępowej arystokracji”, były najlepszym komentarzem zaistniałej sytuacji. Zaczęto analizować przyczynę takiego stanu rzeczy i wysnuto główny wniosek, że to głupie, zaczadzone i żądne dobrobytu plebejskie masy, zwyczajnie nie dojrzały do tego, aby przyjąć wysublimowane tezy, serwowane przez koalicyjno-obywatelski patrycjat i jego tuby. A przecież to wszystko jest niesamowicie proste.

Niesamowicie proste i łatwe do pojęcia jest założenie, że jesteśmy biedni i musimy dużo pracować, za okrojone gaże. Skąd to wiem? Wiem to od samego Leszka Balcerowicza, wybitnej klasy specjalisty od schładzania gospodarki, generowania bezrobocia i prowadzenia rabunkowej polityki fiskalnej. Słyszę przez całe swoje dorosłe życie, że musimy solidarnie ponosić koszty socjalizmu. Balcerowicz o socjalizmie może powiedzieć wiele, bowiem ponad dekadę pracował w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jego tłumaczenia, o konieczności ekonomicznego pościgu za Zachodem, do mnie trafiają, ale nigdy nie usłyszałem wyjaśnień, dlaczego kraje rozwinięte ma gonić tylko i wyłącznie sklepowa ekspedientka, urodzona w połowie lat 90. XX w., a nie osobiście Balcerowicz? Nigdy mi nie wytłumaczył, czemu on sam, aktywny kreator peerelowskiej biedy, nie chce dziś partycypować w wysiłku całego narodu? Być może nie jest on jednak zbyt błyskotliwy i rozwinięty intelektualnie, gdyż nie dostrzegł jasnego sygnału odtrącenia jego polityki, poprzez zdecydowane odrzucenie kogoś, kto miał być jej kontynuatorem – Ryszarda Petru.

Ryszard Petru jeszcze niedawno był bożyszczem „radosnych dzieci dekady Gierka”. To on, kilkanaście lat temu – przedstawiany jako wybitny ekspert finansowy – namawiał do brania kredytów mieszkaniowych, w szwajcarskiej walucie. To on wszedł do parlamentu jesienią 2015 r. i prawie natychmiast został okrzyknięty polskim Johnem Kennedym. To on, dzięki niewyobrażalnym absurdom jakie opowiadał, roztrwonił w ciągu dwóch lat pobytu w Sejmie, cały polityczny kapitał. To on stał się pośmiewiskiem, synonimem półgłówka i politycznej żenady. To dzięki niemu zwyczajni ludzie mogli dostrzec, jak słabe intelektualnie są gadające telewizyjne głowy. To przez niego wiele osób zaczęło znów obawiać się o swoje ekonomiczne bezpieczeństwo, gdyż to Petru mówił jawnie, o konieczności poważnego okrojenia „perełki” PiS-owskich rządów – programu 500 Plus. To wreszcie on został finalnie, skazany na medialny niebyt i stał się młyńskim kamieniem u szyi dla Joanny Scheuring-Wielgus oraz Kamili Gasiuk-Pihowicz, które, kojarzone z Nowoczesną i samym panem Ryszardem, przepadły w europejskiej elekcji, pomimo otrzymania godziwych miejsc na listach wyborczych. Problem w tym, że dostrzec tego nie chce lub nie może liberalne, medialne możnowładztwo.

Medialne możnowładztwo, od dawna młotkujące mózgi czytelników, radiosłuchaczy i telewidzów w ten sam sposób, nie może pojąć, dlaczego Kowalski z Nowakiem, nie chcą pracować na umowach śmieciowych, za 400 Euro miesięcznie. Nie mogą zrozumieć, dlaczego ludzie nie chcą jeździć w poszukiwaniu pracy po całej Polsce i żyć w wynajętych mieszkaniach. Nie dociera do nich, że ktoś może pragnąć czegoś więcej, niż przesiadywanie w korporacji od świtu do nocy, ciągle drżąc z obawy, przed zmarszczoną brwią bufonowatego menadżera, który nie ma pojęcia praktycznie o niczym, a jego jedynym atutem jest bycie „szlachetnie urodzonym”. Gdyby owi mistrzowie pióra, kamery i mikrofonu obejrzeli się czasem wstecz, to dostrzegliby, że w państwie jest całkowity spokój i stabilizacja, zaś siły porządkowe od lat nie użyły broni palnej, przeciwko osobom, demonstrującym swoje niezadowolenie. Ostatni taki akt miał miejsce dnia 9 lutego 2015 r., przed siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej, kiedy premierem rządu była Ewa Kopacz. Działa u nich jakiś niepojęty dla mnie mechanizm wyparcia.

Mechanizm wyparcia powoduje, że nie zdobyto się na żadną głębszą refleksję. Niewielu chce przyjąć do wiadomości, że ich liberalny czas, powoli się kończy. Idzie nowe i to wielkimi krokami, a oni nie są w stanie juz temu zapobiec. Jedyne na co się zdobyli to mantryczne powtarzanie oklepanych fraz, co przypomina mi ciągłe bieganie dookoła areny, przystrojonych w pióra koni. Proponuję, abyśmy ich z tym zostawili. Niech tak sobie dalej biegają, gdyż jest to przecież nieodłączny element cyrku – cyrku politycznego.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 03 czerwca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja