Kanclerz Niemiec, Angela Merkel, cierpi na jakieś schorzenie i sądzę, iż nie jest to sprawa błaha. Oczywiście nie mam pojęcia na co niedomaga, ale jej wyraźnego problemu zdrowotnego, już dłużej nie da się ukryć. Dolegliwość ujawniła się publicznie minimum trzykrotnie, w ciągu ostatnich kilku tygodni, a jedynie niewielu ma pojęcie, co zachodzi, poza obiektywami telewizyjnych kamer. Oficjalne komunikaty, wydawane przez urząd kanclerski, tonują nastroje i głoszą, że nic złego się nie dzieje, ale chyba nikt przy zdrowych zmysłach, nie daje im wiary. Karne i wytresowane teutońskie tytuły prasowe, dopiero niedawno, i w sposób bardzo nieśmiały, zaczęły napomykać, że sprawa powoli wymyka się spod kontroli, a cała rzecz, przestaje być prywatnym i osobistym kłopotem Frau Bundeskanzlerin. Sposób opisywania owej intymnej materii jest bardzo delikatny, utrzymany w łagodnym tonie i duchu humanitaryzmu, czyli tak, jak powinno się działać w podobnych wypadkach. Pomimo głębokich różnic i podziałów, występujących na zaodrzańskiej scenie politycznej, nie natknąłem się na ani jedną wypowiedź, wykraczającą poza ogólnie przyjęte ramy dobrego wychowania. Chyba wszyscy politycy naszego zachodniego sąsiada zachowują się przyzwoicie i wyznają zasadę, że należy zawsze być człowiekiem.

Bycie człowiekiem nie jest też obce naszej rodzimej braci żurnalistycznej, biorącej udział w publicznej debacie, o sytuacji pani Merkel. Omawiając wydarzenia międzynarodowe z jej udziałem, nie sposób pominąć aspektu, pogarszającej się kondycji fizycznej, polityk. Komentarze, jakie udało mi się znaleźć, były przepełnione subtelnością i charakteryzowały się dużym wyczuciem. Podobnie jest z nadwiślańskimi parlamentarzystami, dlatego coraz trudniej mi samemu uwierzyć, że dekadę temu, przeżywaliśmy szczególny okres w naszej polityce – okres, który ja osobiście nazywam „erą publicznego zbydlęcenia”.

„Era publicznego zbydlęcenia” nie trwała na szczęście długo, a za jej sztandarową postać uważam Janusza Palikota. W kwietniu 2009 r., Palikot zagrał główną rolę w obrzydliwym przedstawieniu, w którym, praktycznie w sposób bezpośredni, zasugerował urzędującemu prezydentowi – Lechowi Kaczyńskiemu – problemy alkoholowe. Nie wiem, czy były poseł z Biłgoraja wykazał się większym cwaniactwem czy bojaźliwością, ale starym obyczajem, swoje zarzuty ubrał w formę pytań, co praktycznie wykluczało sfinalizowanie zagadnienia i obronę przed jego pomówieniami, na drodze sądowej. Do dziś dostaje torsji na samo wspomnienie tamtego wydarzenia i za wielki sukces polskiej polityki uważam fakt, iż indywiduum owo znalazło się tam, gdzie jego miejsce, czyli na „politycznym wysypisku śmieci”. Straszne w całej sprawie było również to, że Palikot wywiódł swoją podłą tezę, o rzekomych kłopotach prezydenta Kaczyńskiego, na podstawie faktur za zakup alkoholu przez kancelarię głowy państwa, dla celów reprezentacyjnych. Cały spektakl pogardy został uwieńczony publiczną konsumpcją trunku przez posła i kilka osób, które zostały do niej zaproszone. Wszystko odbyło się w świetle reflektorów, towarzyszących telewizyjnym kamerom i w otoczeniu mikrofonów rozgłośni radiowych, zaś komunikat wyartykułowany przez stację głoszącą „całą prawdę całą dobę”, określił Palkota mianem „posła-skandalisty”, a publicznie żłopanie przez niego wódy, nazwano „happeningiem”. Wszystkim Państwu chcę przypomnieć, że w roku 2009 Janusz Palikot był członkiem Platformy Obywatelskiej, na czele której stał nie kto inny, jak sam Donald Tusk.

Donald Tusk stwierdził niedawno, że na Zachodzie ludzie się lubią i wzajemnie obdarzają uśmiechami. Cóż, nie pozostaje mi nic innego niż wysnucie wniosku, że tymi słowy, Tusk wykluczył takich ludzi, jak choćby Palikot, ze społeczności zachodniej i bardziej przesunął ich w stronę, pozbawionej moralności, cywilizacji turańskiej. Skąd to moje przypuszczenie? Ano stąd, że ktoś, kto lubi drugiego człowieka, nie urządza przeciwko niemu chamskiej, propagandowej hucpy politycznej i nie odbiera mu prawa do intymności. Ba, posunę się dalej w prowadzeniu wywodu i dodam, iż mam wszystkie powody aby przypuszczać, że dekadę temu, sam Tusk daleki był od Zachodu, gdyż nie mogłem nigdzie znaleźć wypowiedzi, zdecydowanie potępiającej zachowanie, partyjnego kamrata. Jeśli więc będziemy starać się, wykryć jakiekolwiek dobre strony pobytu Donalda Tuska w Brukseli, możemy do nich zaliczyć swoiste ucywilizowanie, jego samego wraz z otoczeniem. Za prawdziwością powyższego rozumowania przemawia argument, iż żaden z byłych czy obecnych kompanów pana Donalda, nie żąda od kanclerz Niemiec zaświadczenia o stanie zdrowia i nie pyta publicznie, czy może ona piastować dalej swoje stanowisko? Uważam i twierdzę, że jest to jedyny powód milczenia przewodniczącego Rady Europejskiej, bo przecież chyba nikt nie posądza go o zwyczajne, nędzne tchórzostwo i obawę, że gdyby zachował się inaczej, to kilka dni później dołączyłby do bywalców „politycznego wysypiska śmieci”.

Bywalców „politycznego wysypiska śmieci” jest bez liku. Znaleźli się na nim ludzie mądrzy i ludzie głupi. Czasem o ich bytności w polityce zadecydował przypadek, partyjny układ czy koneksje. Większość z nich znalazła się tam zasłużenie, odesłana w sposób świadomy przez społeczeństwo. Za kilka miesięcy przyjdzie nam dokonać kolejnego wyboru, dlatego proponuję, abyśmy uważnie prześledzili historię życia kandydatów i spróbujmy się dowiedzieć, czy potrafią oni – tak zwyczajnie – być człowiekiem.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 15 lipca 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Autor: Redakcja