Błędy medyczne w Polsce. Mec. Tymoteusz Zych: Brakuje obiektywizmu w ocenach biegłych
Sedno sprawy dotyczy biegłych sądowych, których opiniom niejednokrotnie brakuje obiektywizmu, a szczególnie jeżeli chodzi o węższe specjalizacje. Eksperci nie chcą po prostu pisać negatywnie o kolegach po fachu – mówi radca prawny dr Tymoteusz Zych, ekspert specjalizujący się w prawie medycznym.
Redakcja: Jako specjalista od problematyki błędów medycznych przygotowywał Pan ekspertyzy prawne m.in. dla polskiego Ministerstwa Zdrowia oraz Światowej Organizacji Zdrowia. Czy w Pana przekonaniu obowiązująca legislacja należycie chroni prawa pacjentów, czy może pozostawia jakieś „czarne dziury” w przepisach? W tym kontekście na pewno warto byłoby odwołać się do realiów, jakie panują w innych europejskich krajach.
Mec. Tymoteusz Zych: Myślę, że problemem, który będzie odgrywał szczególnie dużą rolę, jest – po pierwsze – kwestia skomplikowania procesu dochodzenia roszczeń. Natomiast drugi problem dotyczy oczywiście bezstronności biegłych, którzy biorą udział w takich postępowaniach. Jeżeli chodzi o ten pierwszy aspekt, to warto zaznaczyć, że Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych, powołany we wrześniu 2023 roku, stanowi krok we właściwą stronę. Niemniej jednak można byłoby się na poważnie zastanowić nad tym, czy poza stworzeniem takiego państwowego funduszu nie będzie zasadnym zaprojektowanie odrębnego systemu dla pacjentów spoza NFZ, którzy doświadczyli jakichś negatywnych zdarzeń w służbie zdrowia.
Mógłby być to model odpłatny, a nawet niegwarantujący jakiejkolwiek rekompensaty, ale dający po prostu pewne podstawy do tego, aby dochodzić swoich praw i pozyskiwać bezstronne opinie dotyczące danego stanu faktycznego. Na ten moment taka bezstronna opinia jest wydawana w postępowaniach prowadzonych przed Rzecznikiem Praw Pacjenta, w ramach wspomnianego Funduszu. Podobne rozwiązanie, nawet z jakąś opłatą na poziomie kilkuset złotych, pozwalałoby zapewne z większym prawdopodobieństwem na dochodzenie roszczeń pozasądowo, a także na weryfikowanie zasadności podejmowania ewentualnych kroków sądowych. Dzisiaj możliwość uzyskania takiej opinii w ramach Funduszu jest zawężona bądź co bądź do niewielkiej grupy osób, które doznały błędów w ramach publicznej służby zdrowia, i to w dodatku wyłącznie w szpitalach. To poważne ograniczenie.
Przechodząc do drugiego zagadnienia, należy powiedzieć o biegłych sądowych, których opiniom niejednokrotnie brakuje obiektywizmu, szczególnie jeżeli chodzi o węższe specjalizacje. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Prozaiczna – eksperci nie chcą po prostu pisać negatywnie o kolegach po fachu. Wydaje mi się, że znaczenie ma tutaj czynnik postępowania cywilnego, gdzie jednak występuje orzekanie o winie, negatywnie wpływające na możliwość oceny kolegi czy koleżanki.
Redakcja: Skoro tak, to w jaki sposób można stworzyć „zasłonę”, która z jednej strony gwarantowałaby bezstronność biegłego i brak ryzyka poniesienia przez niego odpowiedzialności we własnym środowisku, a z drugiej strony – obiektywizm wewnętrzny? Zdaję sobie sprawę, że wchodzimy w tym momencie na grunt poważnych rozważań prawnych…
Mec. Tymoteusz Zych: To są problemy, które w wymiarze naszego kraju mogą zostać skutecznie rozwiązane tylko w ograniczonym stopniu, ponieważ zderzają się tu tak naprawdę dwie racje. Z jednej strony, można byłoby wyobrazić sobie model, w którym opiniujący w danej sprawie biegły pozostaje anonimowy, co mogłoby zapewnić mu większą niezależność w działaniu, zwalniając go od strachu przed popadnięciem w niełaskę środowiska lekarskiego. W takim systemie, biegłby nie mógłby jednak zostać zweryfikowany pod kątem tego, czy znał się z opiniowanym lekarzem, pielęgniarką czy fizjoterapeutą. Z drugiej jednak strony, w obecnym modelu – gdy nazwisko biegłego jest podane do wiadomości publicznej – mamy stosunkowo niewielkie szanse na to, żeby ekspert zachował całkowitą bezstronność.
Więc co jest rozwiązaniem? Uważam, że otwarcie się również na biegłych z zagranicy. W dobie sztucznej inteligencji, w czasach bardzo dobrze działających programów, które nawet pozwalają na wierne przetłumaczenie całej dokumentacji medycznej – rzecz jasna do późniejszej weryfikacji przez biegłego – nie dostrzegam w tym przeszkód.
Dochodzą co prawda koszty tłumaczeń, ale warto zauważyć, że dokumentacja obejmuje zazwyczaj kilkadziesiąt stron. Sprawy medyczne, w których materiał wykracza poza sto stron, stanowią absolutną mniejszość. Powiem więcej – ogromna część ogranicza się do… kilkunastu stron. Dodatkowe nakłady finansowe są tutaj naprawdę stosunkowo niewielkie, a ich poniesienie pozwoliłoby na szerokie otwarcie na biegłych specjalistów, często uznanych profesorów medycyny, z innych krajów Europy czy nawet reszty świata. W mojej ocenie jest to kierunek, który przy rozwoju technologii mógłby wiązać się z prawdziwym przewrotem, jeżeli chodzi o prawo medyczne. Pora na systemową zmianę, która powinna zostać w jakiś sposób ugruntowana legislacyjnie, w treści przepisów, aby zafunkcjonować skutecznie.
Redakcja: Jakie inne problemy sprawiają, że pacjent – nawet jeśli ma rację – odbija się od ściany? Co w Pana ocenie, poza wątpliwościami wobec opinii biegłych, najbardziej utrudnia dochodzenie sprawiedliwości przez poszkodowanych?
Mec. Tymoteusz Zych: Jeżeli pozostajemy w nurcie rozważań, co można byłoby jeszcze poprawić w polskiej legislacji, to na pewno warto zwrócić uwagę, że na etapie pozasądowym pojawia się problem uzyskiwania świadczeń od ubezpieczycieli podmiotu leczniczego. Mamy powszechny obowiązek ubezpieczenia każdego lekarza prowadzącego praktykę lekarską i każdego podmiotu leczniczego, który funkcjonuje w naszym kraju. Nie ukrywam, że jest to obowiązek faktycznie wypełniany, jednak on niekoniecznie od razu, niejako automatycznie, wiąże się z korzyściami dla pacjentów, którzy doznali negatywnego zdarzenia. Z jakiego powodu?
Wydaje mi się, że powiem rzecz oczywistą. Otóż ogromna część tych spraw jest przez ubezpieczycieli rozpatrywana w sposób stronniczy i naruszający pewne obowiązujące standardy, przez co można odnieść wrażenie, że konsultant medyczny w postępowaniu likwidacyjnym szkody, prowadzonym przez ubezpieczyciela, nie jest po to, żeby dokonać jakiejś w miarę zobiektywizowanej oceny tego stanu faktycznego, tylko po to, żeby uzasadnić, dlaczego nie wypłacić świadczenia albo wypłacić je na bardzo niskim poziomie, bo doszło do szkody jedynie symbolicznej, wręcz jakiejś namiastki szkody.
Właśnie tutaj rozmawiamy o praktyce, którą można ukrócić, i to w odniesieniu do reform przeprowadzonych w innych europejskich państwach. Istnieją gotowe rozwiązania, które mogą wpływać na ubezpieczycieli w sposób dyscyplinujący. Mówiąc wprost, dzisiaj niejednokrotnie opłaca się unikać wypłaty świadczeń, a to z tego względu, że ubezpieczyciel będzie odmawiał, natomiast 80% ludzi odpuści i nie pójdzie z tym do sądu. Gdyby w przypadku orzeczenia sądowego, stwierdzającego odpowiedzialność w wyższym wymiarze, ubezpieczyciel ponosił jakąś sankcję, czyli konieczność dopłaty, to oczywiście stanowisko firm byłoby zgoła inne.
Co więcej, gdyby stworzyć system, który pozwalałby na pozyskiwanie neutralnych opinii pozasądowych, ale niepochodzących od konsultantów medycznych ZUS-u, tylko przygotowywanych za opłatą strony postępowania, to zapewne ubezpieczyciele byliby bardziej skłonni do pilniejszej weryfikacji zgłaszanych przypadków. Niestety, obecnie ani oceny dokonywane przez Rzecznika Praw Pacjenta, które mogą dotyczyć najwyżej naruszenia praw pacjenta – to jest trochę inny przedmiot sprawy – ani oceny Rzecznika Finansowego, również niewiążące, nie spełniają konkretnej funkcji, o której mówię.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: tzlaw.pl
